Szukaj

Bezsenność po 60-tce – przyczyny i skuteczne metody walki

Bezsenność po 60-tce – przyczyny i skuteczne metody walki2

Kiedyś zasypiałem, zanim głowa zdążyła dobrze opaść na poduszkę. Serio. Jeszcze pięć minut rozmowy z żoną, jeszcze jedno spojrzenie w okno, czy latarnia na rogu już się zapaliła – i już mnie nie było. A teraz? Teraz leżę. Patrzę w sufit. Słyszę, jak lodówka w kuchni zaczyna swój nocny koncert, jak kaloryfer lekko pstryka, jak pies sąsiadów przewraca się na drugi bok. Noc jest długa, coraz dłuższa, a człowiek – choć zmęczony – nie śpi. Każdy to zna, prawda?

Bezsenność po sześćdziesiątce to nie jest wymysł ani fanaberia. To nie jest też kara za grzechy młodości, choć czasem tak sobie człowiek żartuje pod nosem. Z wiekiem zmienia się rytm snu. Organizm produkuje mniej melatoniny, ten nasz wewnętrzny zegar zaczyna chodzić trochę jak stary budzik po przejściach – niby działa, ale raz spieszy, raz się spóźnia. Zasypiamy szybciej o dwudziestej pierwszej, budzimy się o czwartej nad ranem i… koniec. Sen się kończy, a dzień jeszcze nie chce się zacząć.

Do tego dochodzą sprawy bardziej przyziemne. Bóle stawów, kręgosłup, który w nocy przypomina o każdym schodku w życiu. Cukrzyca, nadciśnienie, częste wizyty w toalecie. Leki – te na serce, te na tarczycę – potrafią skutecznie wybić ze snu. I stres. Tak, w naszym wieku też jest stres, tylko inny. O dzieci, o wnuki, o rachunki, o to, czy kolano jeszcze wytrzyma zimę. Człowiek leży i myśli. A myśli, jak to myśli, nie mają przycisku „wyłącz”.

Pamiętam rozmowę z lekarzem, który powiedział mi wprost: „Proszę pana, sen po sześćdziesiątce jest płytszy. To naturalne”. Naturalne – łatwo powiedzieć. Naturalne jest też to, że kawa o dziewiętnastej to kiepski pomysł, ale kto z nas nie usiadł wieczorem z kubkiem czegoś ciepłego, bo dzień był jakiś taki… nie wiem… długi. A potem oczy szeroko otwarte.

Z czasem nauczyłem się kilku rzeczy. Nie od razu, nie z książki, raczej metodą prób i błędów. Po pierwsze – regularność. Brzmi banalnie, ale działa. Wstawanie o tej samej porze, nawet jeśli noc była krótka. Bez dosypiania do dziewiątej, bo „może się uda”. Zwykle się nie udaje, a wieczorem znów człowiek krąży po mieszkaniu jak duch.

Po drugie – światło. Rano trzeba wyjść na dwór, choćby na krótki spacer do sklepu po bułki. Światło dzienne robi z naszym zegarem więcej niż wszystkie tabletki z reklamy. A wieczorem odwrotnie – przygaszone lampy, żadnego telewizora do późna. Te wiadomości i tak się nie zmienią, a tylko podnoszą ciśnienie. Sam to przerabiałem, szczególnie gdy włączałem debatę polityczną o dwudziestej drugiej. No bo jakże inaczej.

Ruch pomaga. Nie maraton, spokojnie. Krótki spacer, kilka ćwiczeń rozciągających. Kiedy rozciągam plecy przy kuchennym blacie – tak, przy blacie, bo jest pod ręką – czuję, że ciało powoli odpuszcza. I noc bywa wtedy łaskawsza.

Warto też przyjrzeć się drzemkom. Kiedyś uważałem, że popołudniowa drzemka to świętość emeryta. I coś w tym jest. Ale jeśli trwa godzinę czy dwie, wieczorem trudno się dziwić, że sen nie przychodzi. Dwadzieścia minut – to złoty środek. Choć przyznam, czasem budzik dzwoni, a ja udaję, że go nie słyszę. Taki mały bunt.

Niektórzy sięgają po leki nasenne. Tu byłbym ostrożny. Krótkotrwale – pod kontrolą lekarza – w porządku. Ale długotrwałe wspomaganie snu tabletką to śliski grunt. Organizm szybko się przyzwyczaja, a potem bez niej ani rusz. Znam osoby, które próbowały odstawić i przeżyły kilka naprawdę ciężkich nocy. Lepiej szukać przyczyny niż zagłuszać objaw.

Jest jeszcze coś, o czym rzadko się mówi. Samotność. Gdy po drugiej stronie łóżka jest pusto, noc wydaje się dłuższa. Cisza jest wtedy głośniejsza. Człowiek słyszy własny oddech, czasem aż za bardzo. W takich chwilach pomaga rytuał – książka, radio ustawione cicho, modlitwa, jeśli ktoś praktykuje. Cokolwiek, co daje poczucie, że noc nie jest wrogiem.

Nie każda bezsenność jest taka sama. Jeśli trwa tygodniami, jeśli towarzyszy jej smutek, brak energii, lęk – warto powiedzieć o tym lekarzowi. Depresja w starszym wieku bywa cicha, zakamuflowana. Zaczyna się od snu, a kończy na wycofaniu z życia. Lepiej zareagować wcześniej.

Dziś, kiedy budzę się nad ranem, nie walczę już z tym tak zawzięcie. Czasem wstaję, robię herbatę, patrzę przez okno, jak niebo powoli jaśnieje. Jest w tym coś kojącego. Nie każda noc musi być idealna, tak jak nie każdy dzień musi być produktywny. Może chodzi o to, żeby nie traktować bezsenności jak wroga numer jeden, tylko jak sygnał. Że trzeba zwolnić. Że coś zmienić. Albo po prostu – zaakceptować.

Bo sen po sześćdziesiątce bywa kapryśny, to prawda. Ale my też już trochę kapryśni jesteśmy. I może w tym całym nocnym czuwaniu jest jakaś lekcja cierpliwości. A cierpliwości, umówmy się, życie nauczyło nas aż nadto.

Obrazek na Freepik