Z cukrzycą typu 2 jest tak, że długo udaje, że jej nie ma. Albo raczej – my udajemy. Trochę więcej pragnienia, trochę zmęczenia, człowiek częściej zagląda do lodówki, ale przecież to nic takiego. Każdy ma gorszy czas. Ja pamiętam, jak sąsiad z naprzeciwka mówił: „ot, starość”. No i w końcu poszedł do lekarza. I już nie było „ot”.
To nie jest choroba, która przychodzi z hukiem. Ona się wślizguje, siada gdzieś z boku i czeka. Czeka, aż przestaniemy zwracać uwagę. A my, jak to my – mamy swoje sprawy, swoje drobne rytuały dnia, herbatę o siedemnastej, wiadomo. I nagle ktoś mówi: „ma pan cukrzycę”. I robi się cicho.
Na początku człowiek się buntuje. Bo jak to – ja? Przecież całe życie jadłem tak samo. Chleb, ziemniaki, coś słodkiego do kawy… no dobrze, może czasem za dużo tego „czegoś”. Ale bez przesady. A jednak organizm zaczyna wystawiać rachunek. Nie od razu, nie brutalnie, raczej tak… konsekwentnie.
Najtrudniejsze jest chyba to, że trzeba się nauczyć żyć inaczej, ale nie całkiem inaczej. To nie jest rewolucja, raczej takie przesuwanie mebli w dobrze znanym pokoju. Niby wszystko zostaje, ale już nie stoi tam, gdzie stało. I człowiek się potyka, przynajmniej na początku.
Dieta – słowo, które potrafi zepsuć humor na pół dnia. Bo od razu człowiek widzi przed oczami gotowaną marchewkę i suchy chleb. A to nie do końca tak. Można jeść normalnie, tylko… uważniej. Mniej cukru, mniej białego pieczywa, więcej warzyw. Brzmi jak z poradnika, wiem. Sam tak kiedyś mówiłem i przewracałem oczami. A potem spróbowałem. I okazało się, że to nie boli. No, może trochę boli przy pierwszym odstawieniu słodkiego. Każdy to zna, prawda?
Najbardziej brakuje tych drobnych przyjemności. Ciasteczko do kawy, kawałek ciasta u wnuczki. I człowiek siedzi przy stole i myśli: „zjeść czy nie zjeść”. I to jest moment, w którym zaczyna się prawdziwa rozmowa z samym sobą. Bo tu nie chodzi o zakazy, tylko o wybory. Raz można, drugi raz lepiej nie. I jakoś to się układa.
Ruch. Znowu to samo słowo, które wszyscy powtarzają. Ale coś w tym jest. Nie trzeba biegać maratonów, spokojnie. Wystarczy ruszyć się z fotela. Spacer, trochę pracy w ogródku, nawet zamiatanie chodnika przed blokiem – wszystko się liczy. Organizm lubi ruch, nawet jeśli my już nie zawsze mamy na niego ochotę. Szczególnie rano, kiedy człowiek patrzy przez okno i myśli, że może jednak dziś zostanie w domu… no bo jakże inaczej.
Z czasem pojawia się też mierzenie cukru. Na początku to trochę stresujące. Kłucie w palec, patrzenie na wynik jak na wyrok. Za wysoki – źle. Za niski – też niedobrze. I człowiek się uczy, powoli, co na niego działa. Po jakim posiłku cukier skacze, po jakim jest spokojniej. To trochę jak poznawanie siebie na nowo, tylko w bardziej… techniczny sposób.
Nie da się też uciec od leków. Dla niektórych to tabletki, dla innych insulina. I tu znów – żadna porażka. Raczej narzędzie. Tak jak okulary, kiedy wzrok się pogarsza. Nikt się przecież nie obraża na okulary.
Najgorsze, co można zrobić, to udawać, że problemu nie ma. Cukrzyca tego nie lubi. Ona wtedy rośnie w siłę, po cichu, bez ostrzeżenia. A potem nagle okazuje się, że coś jest nie tak – z oczami, z nogami, z sercem. I wtedy jest już trudniej wrócić do równowagi.
Ale żeby nie było – z cukrzycą da się żyć. Normalnie. Może trochę uważniej, może z większą świadomością, ale nadal normalnie. Można się śmiać, spotykać z ludźmi, jeść dobre rzeczy (tak, dobre – tylko trochę inne), cieszyć się dniem. To nie jest koniec świata, chociaż na początku tak się wydaje.
Na koniec powiem coś, co może zabrzmi banalnie, ale trudno. Trzeba się ze sobą dogadać. Ze swoim ciałem, z tym nowym rytmem życia. Nie walczyć bez sensu, tylko trochę współpracować. Bo organizm to nie wróg. On tylko – czasem zbyt stanowczo – przypomina, że nie jesteśmy już tacy jak kiedyś.
I może to wcale nie jest najgorsza lekcja.









