Szukaj

Dieta bogata w wapń i witaminę D – klucz do mocnych kości

Dieta bogata w wapń i witaminę D – klucz do mocnych kości2

Kości. Dopóki nie zaczną boleć albo trzaskać przy wstawaniu z krzesła, człowiek właściwie o nich nie myśli. Są gdzieś w tle, jak instalacja elektryczna w mieszkaniu — działa, to po co zaglądać. Ja też tak miałem. Dopiero kiedy któregoś ranka poczułem, że kręgosłup protestuje przy zwykłym schylaniu się po kapcie, coś mi kliknęło. Że to nie jest już „złe spanie” ani „pogoda się zmienia”, tylko zwyczajna rozmowa organizmu ze mną. I nie była to rozmowa miła.

Wapń i witamina D brzmią jak hasła z ulotki w aptece. Suplementy, procenty dziennego zapotrzebowania, drobny druczek. A przecież jeszcze niedawno nikt się tym specjalnie nie przejmował. Jadło się twaróg, piło mleko, wychodziło na słońce, bo inaczej się nie dało. Teraz trzeba to sobie trochę przypominać, czasem na siłę, bo świat zrobił się bardziej kanapowy.

Zacznijmy od wapnia. W teorii wszystko jasne: kości, zęby, struktura, stabilność. W praktyce bywa gorzej. Z wiekiem apetyt nie ten, żołądek kapryśny, a i mleko już nie każdemu służy. Sam długo uważałem, że jogurt raz na jakiś czas wystarczy. Nie wystarcza. Wapń lubi regularność, a nie przypadkowe zrywy. Twaróg, kefir, sery — tak, ale też mak, sezam, migdały. Zaskakujące, ile tego można znaleźć w rzeczach, które znamy od lat, tylko jakoś omijaliśmy.

Witamina D to osobna historia. Słońce. Wszyscy wiemy, że potrzebne, a jednak siedzimy w domach. Zimą — wiadomo. Latem też, bo gorąco, bo „nie będę się smażyć”, bo serial leci. A potem lekarz mówi: niedobór. I znów zdziwienie. Witamina D bez słońca sobie nie poradzi, choćbyśmy jedli ryby wiadrami. Trzeba wyjść. Na balkon, na spacer, pod sklep. Choćby na chwilę. Skóra musi ją poczuć, inaczej się nie da.

Pamiętam sąsiadkę z parteru, starsza pani, zawsze z siatką pełną jogurtów. Śmialiśmy się kiedyś, że to jej tajemnica długowieczności. Może coś w tym było. Ona chodziła codziennie, powoli, ale uparcie. Jadła prosto. Bez cudów, bez diet z internetu. I do końca miała mocne nogi. Takie obserwacje zostają w głowie dłużej niż wykresy.

Problem w tym, że dieta to nie tylko lista produktów. To nawyki. A te z wiekiem są jak beton. Trudno coś zmienić, bo „zawsze tak było”. Ale kości nie znają sentymentów. One reagują na to, co dostają. Albo czego nie dostają. Brak wapnia to nie jest natychmiastowy ból. To powolne osłabienie, które wychodzi nagle, przy potknięciu, przy upadku. I wtedy jest już późno na żale.

Nie chodzi o rewolucję. Nikt nie każe liczyć każdego miligrama. Chodzi o uważność. Czy w ciągu dnia pojawia się coś mlecznego? Czy jest ryba, choćby raz w tygodniu? Czy wychodzę na słońce, czy tylko patrzę na nie przez szybę? To są pytania proste, ale niewygodne, bo odpowiedzi bywają szczere aż za bardzo.

Wiem też, że czasem bez suplementów się nie da. Organizm nie ten, leki swoje robią. I to też jest w porządku. Nie ma w tym żadnej porażki. Porażką jest udawanie, że problemu nie ma. Albo że „jakoś to będzie”. Kości nie lubią „jakoś”.

Jest jeszcze jedna sprawa, o której rzadko się mówi. Jedzenie to przyjemność. Jeśli dieta bogata w wapń ma być karą, to długo nie pociągniemy. Trzeba znaleźć swoje smaki. Twarożek z cebulką, jogurt z owocami, zupa mleczna jak u babci, jeśli ktoś ma do niej sentyment. Zdrowie nie musi być jałowe. Może pachnieć, chrupać, przypominać dobre chwile.

Na koniec powiem tak: mocne kości to nie luksus, to warunek niezależności. Możliwość wyjścia z domu bez strachu, że noga się podwinie. Wapń i witamina D nie załatwią wszystkiego, ale bez nich daleko się nie zajedzie. Lepiej o nie zadbać wcześniej, spokojnie, bez paniki. Bo kości, choć ciche, pamiętają wszystko. I oddają nam to, co im daliśmy — albo czego im skąpiliśmy.

Obraz autorstwa Drazen Zigic na Freepik