Szukaj

Domowe spa – relaks bez wychodzenia z domu

Domowe spa – relaks bez wychodzenia z domu2

Nie pamiętam dokładnie, kiedy po raz pierwszy pomyślałem, że „spa” to wcale nie musi być coś z folderu biura podróży. Chyba wtedy, gdy po raz kolejny wróciłem do domu bardziej zmęczony rozmowami niż samym dniem. Drzwi się zamknęły, zamek kliknął tak znajomo, czajnik zaczął gwizdać za wcześnie, bo znów nalałem za mało wody. I wtedy przyszło to zdanie, proste jak kromka chleba: dobrze by było nic nie musieć. I nie wychodzić. No bo jakże inaczej.

Domowe spa brzmi trochę jak wymysł z reklamy. Coś, co powinno mieć świeczki, białe ręczniki i ciszę absolutną. A przecież życie tak nie wygląda. U mnie cisza zawsze ma w tle jakieś brzęczenie. Lodówka, zegar, czasem sąsiad, który od lat ćwiczy na saksofonie i nigdy nie przechodzi do melodii. Ale to też jest dom. I właśnie w tym domu, nieidealnym, da się odpocząć.

Najczęściej zaczynam od wody. Wanna już swoje widziała, emalia nie ta, ale kto by się tym przejmował. Woda ciepła, ostrożnie ciepła, bo organizm po latach ma swoje zdanie. Wsypuję sól, jeśli pamiętam, gdzie ją schowałem. Olejek lawendowy? Bywa. Czasem kończy się na zwykłym mydle, takim pachnącym „kiedyś”. Zapach potrafi zrobić więcej niż najlepsze masaże, serio. Człowiek zamyka oczy i nagle jest w innym czasie, z innym tempem oddechu.

Leżę i słucham, jak w rurach coś postukuje. Jakby dom też miał swoje kości. Kolano daje znać, że jest, bark przypomina o wczorajszym dźwiganiu zakupów. Ale w tej wodzie wszystko trochę mięknie. Myśli też. Nie znikają, one nigdy nie znikają, ale przestają się przepychać. To już coś.

Po kąpieli przychodzi moment ręcznika. Grubego, spranego, tego samego od lat. Zapach proszku, którego nie zmieniam, bo po co. Smaruję twarz kremem, bez ceremonii. Nie wierzę w cuda w słoiczkach, wierzę w dotyk. W to, że przez chwilę robię coś tylko dla siebie, bez celu, bez planu. Zegar może sobie tykać.

Domowe spa to także kuchnia, choć rzadko się o tym mówi. Herbata zaparzona porządnie, nie na skróty. Kubek wyszczerbiony, ale ulubiony. Siadam przy stole, patrzę przez okno. Ten sam widok od lat, a jednak codziennie trochę inny. Dzisiaj mokry chodnik, jutro kurz. Sąsiad trzepie dywan, ptaki kłócą się o okruszek. Zwykłe rzeczy, a jednak inaczej smakują, kiedy człowiek nie musi nigdzie biec.

Czasem dokładam do tego drobiazg. Maskę na twarz, taką najprostszą, kupioną przy okazji, bo była promocja. Albo moczenie stóp w misce, starej, emaliowanej, jeszcze po rodzicach. Woda z odrobiną soli, ręcznik pod nogi. Proste, niemal śmieszne, a działa. Może dlatego, że nie udaje niczego więcej.

Bywa też tak, że włączam radio. Cicho. Żeby ktoś mówił, ale nie do mnie. Albo stara płyta, którą znam na pamięć. Czasem łapię się na tym, że słucham jednej piosenki dwa razy z rzędu. I nic. Świat się od tego nie wali. To też jest luksus, choć nikt go tak nie nazywa.

Nie oszukujmy się: domowe spa nie naprawi kręgosłupa ani nie cofnie lat. Nie sprawi, że wszystko nagle stanie się łatwe. Ale daje coś innego. Chwilę oddechu, takiego prawdziwy, z brzucha, nie z obowiązku. Uczy, że nie zawsze trzeba gdzieś jechać, żeby poczuć spokój.

Na koniec dnia, kiedy gaszę światło i jeszcze przez chwilę słucham domu, myślę sobie, że to wcale nie było nic wielkiego. Bez fajerwerków, bez wielkich słów. A jednak czuję się trochę bardziej u siebie. I chyba o to chodzi. Żeby od czasu do czasu zrobić sobie takie małe spa. W domu. Po swojemu. I nie tłumaczyć się z tego nikomu.

Obraz autorstwa freepik