Szukaj

Domowy budżet – jak go prowadzić?

Domowy budżet – jak go prowadzić2

Słowo „budżet” zawsze brzmiało dla mnie trochę urzędowo. Jak coś, co się robi w gminie albo w ministerstwie, a nie przy kuchennym stole, gdzie cerata pamięta jeszcze poprzednie mieszkanie. A jednak całe życie prowadziłem budżet, tylko że bez tej nazwy. Wiedziało się, ile jest, ile trzeba odłożyć na czynsz, ile zostaje „na życie”. Reszta była intuicją, doświadczeniem, czasem szczęściem. Teraz, na emeryturze, wszystko robi się bardziej widoczne. Każda złotówka ma wagę, dźwięk, zapach niemal. I nagle człowiek zaczyna liczyć, choć wcześniej się przed tym wzbraniał.

Domowy budżet nie musi być tabelką z Excela, uspokajam od razu. Może być zeszytem. Może być kartką przypiętą magnesem do lodówki. U mnie długo był notes w kratkę, z długopisem, który ciągle ginął. Zapisywałem wydatki krótko, bez opisu, bo wiedziałem, co znaczy „23,50”. Spożywczy, wiadomo. I już samo to zapisywanie działało jak hamulec. Człowiek dwa razy się zastanowił, zanim coś wrzucił do koszyka, bo potem trzeba było to zobaczyć czarno na białym. Każdy to zna, prawda?

Najważniejsze w prowadzeniu budżetu jest regularność. Nie dokładność co do grosza, nie idealny porządek, tylko powrót do tematu. Raz w tygodniu, raz w miesiącu. Usiąść, spojrzeć, westchnąć, czasem się zdenerwować. Zobaczyć, gdzie uciekają pieniądze. A one uciekają sprytnie. Tu kawa na mieście, tu apteka, tu „bo było taniej”. Taniej, tylko że częściej. I nagle suma robi się konkretna, choć pojedyncze kwoty były niewinne.

Z wiekiem dochodzi jeszcze jedno: stałe wydatki. Leki, wizyty, rehabilitacja. Tego się nie przeskoczy, więc trzeba to wpisać w budżet bez dyskusji. To nie są koszty do ograniczania, tylko do uwzględniania. Lepiej wiedzieć, że co miesiąc zniknie określona kwota, niż udawać, że „jakoś się zmieści”. Budżet nie lubi „jakoś”. On lubi fakty.

Warto też podzielić pieniądze w głowie. Na konieczne, na przyjemności, na zapas. Ten zapas jest szczególnie ważny, choć najtrudniej go utrzymać. Bo zawsze znajdzie się coś pilnego. Ale nawet niewielka rezerwa daje spokój. Świadomość, że jak zepsuje się pralka albo trzeba będzie pojechać do wnuka, to nie zaczynamy od zera. To jest komfort, którego nie widać, dopóki go nie zabraknie.

Niektórzy mówią, że na emeryturze nie ma już sensu planować. Ja się z tym nie zgadzam. Właśnie wtedy planowanie daje wolność. Wiedząc, ile mogę wydać, nie mam wyrzutów sumienia, kiedy kupię coś tylko dla siebie. Książkę, lepszą kawę, bilet do teatru. Budżet nie jest po to, żeby sobie odmawiać wszystkiego. Jest po to, żeby wiedzieć, na co można sobie pozwolić bez stresu.

Są oczywiście miesiące trudniejsze. Zimą rachunki rosną, w święta wydatki wymykają się spod kontroli. I dobrze, jeśli budżet to uwzględnia. Nie karzemy się za życie. Budżet to nie sąd. To narzędzie. Czasem krzywe, czasem niedoskonałe, ale nasze. I lepiej mieć niedoskonały budżet niż nie mieć żadnego.

Na koniec powiem prosto. Domowy budżet to nie matematyka wyższa. To uważność. Patrzenie na swoje pieniądze bez strachu i bez wstydu. One są takie, jakie są. A my robimy z nimi, co potrafimy najlepiej. I to naprawdę wystarczy. Jeśli jest w tym trochę porządku i trochę zdrowego rozsądku, reszta jakoś się układa. Może nie idealnie. Ale wystarczająco dobrze, żeby spać spokojnie.

Obraz autorstwa shurkin_son na Freepik