Szukaj

Emerytura w innym kraju – jak to zorganizować?

Emerytura w innym kraju – jak to zorganizować2

Pierwszy raz pomyślałem o emeryturze za granicą nie przy mapie ani przy komputerze, tylko w kolejce do przychodni. Stałem, numer w ręku, za mną ktoś kaszlał, przede mną ktoś narzekał, że „kiedyś to było”. No i nagle przyszła ta myśl, zupełnie nieproszona: a co, jeśli nie tutaj? Co, jeśli gdzie indziej? Nie w sensie ucieczki, raczej zmiany tła. Jakby się człowiek przesiadł do innego wagonu, ale w tym samym pociągu.

Bo emerytura to, jakkolwiek by nie lukrować, zmiana rytmu. Czas się rozciąga, dzień robi się dłuższy, a sprawy, które kiedyś były „na potem”, nagle są na teraz. I wtedy pojawia się pytanie, czasem cicho, czasem głośniej: gdzie ja właściwie chcę te dni przeżyć? W tym samym bloku, z tym samym widokiem na sklep monopolowy i przystanek? Czy może gdzie indziej, gdzie poranek pachnie inaczej, a chleb chrupie w inny sposób.

Organizacja emerytury w innym kraju nie zaczyna się od marzeń, tylko od papierów. To jest brutalna prawda. Formularze, przepisy, umowy międzynarodowe. Emerytura trzeba, żeby przychodziła. Ubezpieczenie zdrowotne musi działać. Meldunek, konto w banku, czasem prawo pobytu. Niby drobiazgi, ale jak się jeden zgubi, to reszta się sypie. Znam człowieka, który wyjechał do Hiszpanii bez sprawdzenia, jak to jest z leczeniem. Wrócił szybciej, niż zdążył się opalić. Każdy to zna, prawda? Ktoś zawsze zna kogoś.

Ale nie chcę straszyć. Da się to zrobić. Da się, tylko trzeba cierpliwości i notatnika. Takiego papierowego, nie w telefonie. Pisać: co sprawdzić, do kogo zadzwonić, czego nie zapomnieć. I pogodzić się z tym, że urzędy mają swoje tempo. One nie czują pośpiechu, nawet jeśli my go czujemy bardzo.

Jest też sprawa pieniędzy. Emerytura w innym kraju brzmi romantycznie, ale rachunki są bardzo konkretne. Ile kosztuje czynsz, ile jedzenie, ile autobus. W Portugalii taniej niż w centrum Warszawy, ale już we Francji potrafi zaboleć. I to nie raz. Warto pojechać na próbę. Miesiąc, dwa. Zobaczyć, jak się śpi, jak się kupuje warzywa, czy sąsiedzi mówią „dzień dobry”, czy tylko patrzą. Bo codzienność weryfikuje wszystko.

Najtrudniejsze bywa jednak nie to, co na papierze. Najtrudniejsze jest bycie obcym. Nawet w kraju, gdzie świeci słońce i wszyscy się uśmiechają. Inny język, inne zwyczaje, inne poczucie humoru. Na początku to nawet ciekawe. Potem czasem męczy. Człowiek tęskni za rozmową, w której nie musi się zastanawiać nad każdym słowem. Za tym, że ktoś rozumie pół zdania. Za narzekaniem, paradoksalnie też.

Z drugiej strony, emerytura za granicą potrafi otworzyć coś w środku. Nagle okazuje się, że można żyć wolniej. Że nie trzeba się spieszyć. Że kawa pita na balkonie w listopadzie to luksus. Że można mieć nowe rytuały, nowe trasy spacerów, nowy sklepik, gdzie sprzedawca już kiwa głową na twój widok. Małe rzeczy, ale swoje.

Nie każdy musi wyjeżdżać na stałe. Są tacy, którzy dzielą rok na pół. Zima tam, lato tu. Trochę jak bociany, tylko z walizką na kółkach. I to też jest rozwiązanie. Emerytura nie musi być jedną decyzją na zawsze. Może być próbą. Eksperymentem. A jak się nie uda — wraca się. Świat się od tego nie zawali.

Na koniec powiem tak: emerytura w innym kraju to nie jest plan dla odważnych ani dla bogatych. To jest plan dla tych, którzy chcą jeszcze trochę decydować. O poranku, o widoku z okna, o tym, gdzie kupują chleb. Trzeba to zorganizować, tak, trzeba się napocić. Ale jeśli gdzieś w środku siedzi myśl „a może by tak…”, to warto ją sprawdzić. Najwyżej okaże się, że dom jest jednak tu. A to też jest wiedza. Bardzo cenna.

Obraz autorstwa freepik