Szukaj

Gotowanie dla dwojga – proste i zdrowe przepisy

Gotowanie dla dwojga – proste i zdrowe przepisy2

Z gotowaniem dla dwojga jest trochę jak z tańcem w małym pokoju. Trzeba uważać, żeby się nie potrącić, ale jednocześnie szkoda byłoby w ogóle nie spróbować. Kiedy dzieci wyfruwają, kiedy dom nagle cichnie – i ten czajnik jakoś gwiżdże inaczej, ciszej – okazuje się, że w garnku też wszystko brzmi inaczej. Nie trzeba już wielkiego rosołu na niedzielę „bo chłopcy przyjadą głodni”. Nie trzeba piec blachy sernika, żeby wystarczyło dla wszystkich. Zostaje dwoje ludzi i pytanie: co dziś zjemy?

Przez lata gotowałem – tak, gotowałem, choć przyznaję bez bicia, że zaczynałem późno – w ilościach hurtowych. Z przyzwyczajenia. Gar zupy jak dla kompanii, cztery kotlety więcej „na jutro”. A potem człowiek stoi nad lodówką i widzi trzy pojemniki z wczorajszym bigosem. I je ten bigos przez trzy dni. Smaczny, owszem, ale ile można.

Dla dwojga trzeba się nauczyć innej miary. Mniejszej, ale wcale nie uboższej. Ja odkryłem to przy zwykłej pomidorowej. Kiedyś wlewałem dwa litry bulionu, dziś półtora wystarcza. Dwie garści makaronu, nie cztery. I nagle okazuje się, że ta zupa jest jakaś bardziej skupiona, jak rozmowa przy stole, kiedy nie trzeba przekrzykiwać wnuków. Pachnie mocniej, jakby pomidory miały więcej do powiedzenia.

Proste rzeczy sprawdzają się najlepiej. Na przykład pieczony łosoś – mały kawałek, taki na dwie porcje, nie cały bok ryby jak dawniej. Skrapiam go oliwą, posypuję koperkiem, czasem dodam plaster cytryny. Do tego ziemniaki z piekarnika, pokrojone w ćwiartki, z odrobiną tymianku. Nic wielkiego. A jednak, kiedy wyjmuję blachę i para uderza w twarz, przypomina mi się kuchnia mojej matki. Ona też piekła ziemniaki, choć wtedy mówiło się po prostu „kartofle z pieca”. Człowiek niby zmienia czasy, a zapach zostaje.

Zdrowe gotowanie – słowo trochę zużyte, wiem. W gazetach straszą cholesterolem, cukrem, solą. I dobrze, nie ma co udawać, że wszystko nam wolno. Ale zdrowe nie znaczy bez smaku. Czasem wystarczy drobna zmiana. Zamiast smażyć kotlet w głębokim tłuszczu, można go upiec. Zamiast śmietany do sosu – jogurt naturalny. Próbowałem, kręciłem nosem, przyznaję. A potem przywykłem. Smak się nieco zmienia, ale nie znika. I brzuch jakoś lżejszy.

Często robimy z żoną sałatki na kolację. Nie takie „liść sałaty i tyle”, tylko konkretne. Garść rukoli, pomidor, kawałek sera feta, kilka orzechów włoskich. Do tego grillowana pierś z kurczaka, pokrojona w paski. Mieszam to w dużej misce, tej niebieskiej, wyszczerbionej na brzegu – każdy to zna, prawda? – i polewam prostym sosem z oliwy i musztardy. Siedzimy potem przy stole, już bez pośpiechu, i chrupiemy. Czasem w tle radio, czasem cisza. I ta cisza wcale nie jest zła.

Bywa, że dopada mnie lenistwo. Wtedy stawiam na jajka. Omlet z warzywami to mój mały ratunek. Dwa, trzy jajka, papryka, cebula, trochę szpinaku. Podsmażam chwilę, zalewam roztrzepanymi jajkami i przykrywam patelnię. Pachnie jak niedzielny poranek sprzed lat. Do tego kromka chleba razowego i już. Nie trzeba więcej. No bo jakże inaczej – przecież nie będę zamawiał pizzy co drugi dzień.

Zauważyłem też, że gotowanie dla dwojga uczy uważności. Kiedy obieram marchewkę do surówki, robię to wolniej. Słyszę, jak nóż stuka o deskę. Widzę, że ta jedna marchewka naprawdę wystarczy. Nie trzeba całego kilograma. Mniej marnowania, mniej wyrzucania. W czasach, gdy wszystko drożeje, to wcale nie jest drobiazg.

Czasem wracamy do dań sprzed lat. Naleśniki z twarogiem, choć robimy ich tylko sześć, nie dwadzieścia. Albo kasza gryczana z duszonymi warzywami i odrobiną sosu sojowego – wynalazek z późniejszych lat, kiedy człowiek zaczął podpatrywać świat. Te potrawy mają w sobie coś kojącego. Może dlatego, że nie trzeba już nikomu nic udowadniać. Gotujemy, bo chcemy, nie bo musimy.

I jeszcze jedno: dla dwojga łatwiej eksperymentować. Jeśli coś nie wyjdzie – trudno. Dwie porcje do przełknięcia, nie gar dla sześciu osób. Ostatnio próbowałem zupy krem z brokułów z dodatkiem imbiru. Wyszedł trochę za ostry, przyznaję. Ale śmialiśmy się przy stole, popijając wodą, i to też było w porządku.

W tym wszystkim najważniejsze jest chyba to, że gotowanie przestaje być obowiązkiem, a staje się rozmową. Krojenie cebuli, mieszanie w garnku, próbowanie sosu – to drobne gesty, które mówią: jesteśmy tu razem. Dwoje ludzi przy jednym stole. Niby zwyczajne, a jednak.

Podsumowując – gotowanie dla dwojga nie wymaga wielkich przepisów ani egzotycznych składników. Wymaga raczej zmiany myślenia. Mniej, ale uważniej. Prościej, ale z sercem. I może właśnie w tej prostocie kryje się coś, czego wcześniej, w całym tym kuchennym zgiełku, nie umieliśmy dostrzec. Teraz, kiedy garnek jest mniejszy, a stół jakby większy, łatwiej to zobaczyć. I docenić.

Obrazek na Freepik