Szukaj

Jak ćwiczyć kreatywność każdego dnia?

Jak ćwiczyć kreatywność każdego dnia2

Człowiek by chciał wierzyć, że kreatywność to coś, co się ma albo nie. Jak talent do śpiewu — jedni wchodzą i od razu czysto, inni… no cóż. Ale z biegiem lat zaczynam myśleć, że to nie do końca tak działa. Raczej coś jak mięsień, który się trochę rozleniwia, kiedy człowiek przestaje go używać. I to się dzieje szybciej, niż byśmy chcieli, bo przecież codzienność lubi być wygodna. Znam to aż za dobrze.

Najprostsza rzecz? Zmienić drobiazg. Tylko tyle i aż tyle. Kawa pita zawsze przy tym samym stole — a gdyby tak dziś przy oknie? Inny kubek, może ten z lekko wyszczerbionym uchem, którego szkoda wyrzucić. Zapach ten sam, a jednak coś się przesuwa w głowie. Nie wiem, czy to naukowe, pewnie ktoś by to ładnie nazwał, ale działa. Człowiek się budzi, nawet jeśli tylko odrobinę.

Kiedyś, pamiętam, sąsiad z dołu — taki cichy pan, zawsze w kapciach — zaczął rysować. Tak po siedemdziesiątce. Ołówkiem, na zwykłym papierze do drukarki. Najpierw krzywo, potem już mniej krzywo. I mówił mi, że najtrudniej było zacząć, bo głowa od razu podsuwała: „a po co?”, „a kto to zobaczy?”. No właśnie. To pytanie potrafi zabić niejedną dobrą chęć. A przecież nie wszystko musi być od razu „po coś”. Czasem wystarczy, że jest.

Ja mam taki zwyczaj — może głupi, może nie — że zapisuję pojedyncze zdania. Na skrawkach papieru, na odwrocie rachunku, czasem na marginesie gazety. Zdanie zasłyszane w autobusie, zapach zupy, który przypomniał mi dzieciństwo, albo coś zupełnie bez sensu. I potem, po czasie, patrzę na to i widzę, że z tych drobiazgów robi się jakaś opowieść. Krzywa, poszarpana, ale moja. Każdy to zna, prawda? Ten moment, kiedy coś się nagle łączy.

Nie trzeba od razu wielkich projektów. Ba, one czasem tylko przeszkadzają, bo człowiek się nimi przytłacza. Lepiej małe rzeczy. Zmienić trasę spaceru. Usiąść na innej ławce. Posłuchać radia, którego się zwykle nie słucha (choć czasem to ryzykowne, nie ukrywajmy). Albo ugotować coś „na oko”, bez przepisu — i nawet jeśli wyjdzie średnio, to przecież nie koniec świata. Zupa najwyżej będzie bardziej… charakterystyczna.

Jest też coś takiego jak rozmowa. Prawdziwa, nie taka na szybko, przy okazji. Bo kiedy się rozmawia, to nagle pojawiają się pomysły, których byśmy sami nie wymyślili. Drugi człowiek wnosi swoje doświadczenie, swoje skróty myślowe, czasem coś powie nieporadnie — i właśnie to zostaje. Lubię te momenty, kiedy rozmowa skręca gdzieś niespodziewanie. Trochę jak droga, która nagle przestaje być prosta.

No i jeszcze jedna rzecz, chyba najtrudniejsza: zgoda na to, że nie wszystko musi wyjść dobrze. My, wychowani w czasach, gdzie „porządnie” znaczyło „bez błędów”, mamy z tym problem. A kreatywność bez błędów? To trochę jak spacer bez potknięcia — możliwy, ale podejrzanie gładki. A życie przecież takie nie jest. Czasem coś się rozleje, przypali, pomyli. I dobrze. Naprawdę dobrze.

Zdarza mi się też wracać do rzeczy, które kiedyś lubiłem. Stare płyty, książki z pożółkłymi stronami. Nie po to, żeby się cofnąć, ale żeby zobaczyć, co się zmieniło. Bo zmienia się człowiek, zmienia się odbiór. To też jest rodzaj ćwiczenia, choć brzmi może trochę zbyt poważnie. Ale działa — znów to słowo.

A na koniec, bo już się trochę rozgadałem: kreatywność nie musi być wielka. Nie musi być spektakularna, nagradzana, pokazywana. Może być cicha. Może się wydarzyć przy obieraniu ziemniaków, przy układaniu książek na półce, przy patrzeniu na deszcz, który spływa po szybie — i nagle coś człowiekowi przyjdzie do głowy, coś drobnego, ale swojego. I to wystarczy. Naprawdę wystarczy.

Bo chodzi, chyba, o to, żeby nie zasnąć całkiem w tej codzienności. Żeby zostawić sobie kawałek miejsca na zdziwienie. Nawet małe. Nawet takie, które znika po chwili. Ale było. I to już coś.

Obrazek na Freepik