Z planami to ja mam historię długą i, powiedzmy uczciwie, nierówną. Kiedyś człowiek myślał, że wszystko trzeba poukładać jak w kalendarzu — godzina, dzień, miesiąc. A potem życie i tak robiło swoje. I robi nadal, tylko człowiek trochę inaczej na to patrzy. Spokojniej. Albo udaje, że spokojniej.
Po sześćdziesiątce cele brzmią inaczej. Już nie ma tej presji, żeby wszystko zdążyć, wszystko osiągnąć, wszystkim coś udowodnić. I dobrze. Naprawdę dobrze. Bo ile można biec? Człowiek się w końcu zatrzymuje — czasem z własnej woli, czasem nie — i zaczyna się zastanawiać, co właściwie chce jeszcze zrobić. A nie co powinien.
Pamiętam, jak jeden znajomy powiedział mi przy herbacie, że jego celem jest nauczyć się grać na harmonijce. Śmiałem się wtedy, przyznam. Nie ze złośliwości, tylko tak jakoś… lekko. A on spojrzał i mówi: „A czemu nie?”. No właśnie. Czemu nie. To pytanie wraca do mnie co jakiś czas.
Bo planowanie w tym wieku, to nie jest już układanie życia od nowa. Raczej wybieranie tego, co jeszcze ma sens. Co nas ciekawi, co nas rusza — choćby odrobinę. I tu jest haczyk, bo łatwo powiedzieć „już mi się nie chce”. Sam tak mówię, częściej niż bym chciał przyznać.
Najgorzej zacząć. To się nie zmienia, niezależnie od wieku. Siedzisz, myślisz: „jutro”. Albo „od poniedziałku”. A potem mija tydzień, drugi. I nic. Każdy to zna, prawda? Ten moment zawieszenia, kiedy plan istnieje tylko w głowie.
Dlatego nauczyłem się jednej rzeczy — nie zaczynać od wielkiego. Bo wielkie cele brzmią dobrze, ale często kończą się na kartce papieru. Lepiej coś małego. Naprawdę małego. Dziesięć minut spaceru więcej. Jedna strona książki. Jedno ćwiczenie, choćby krzywo wykonane. I tyle. Reszta przyjdzie albo nie.
Zresztą, cele nie muszą być spektakularne. To nie konkurs. Nie będzie nagrody, medalu, może nawet nikt nie zauważy. I dobrze. Bo wtedy robi się coś dla siebie, a nie dla pokazania. No bo jakże inaczej.
Jest jeszcze jedna sprawa — planowanie z marginesem. Kiedyś wszystko musiało być „na czas”. Teraz wiem, że warto zostawić miejsce na to, że coś się nie uda, że się przesunie, że się nie będzie chciało. I to nie jest porażka. To jest… życie, po prostu.
Czasem cele się zmieniają w trakcie. I to też jest w porządku. Zaczynasz coś i nagle okazuje się, że to nie to. Że wolisz coś innego. Dawniej bym się upierał, żeby dokończyć. Teraz coraz częściej odpuszczam. Nie zawsze, ale częściej. I świat się nie zawala.
Zauważyłem też, że łatwiej jest, kiedy ktoś obok wie, co planujemy. Nie chodzi o kontrolę, raczej o takie ciche wsparcie. Ktoś zapyta: „i jak tam?”. I już człowiek trochę bardziej się zbiera. Nawet jeśli tylko trochę.
Ale jest coś jeszcze, o czym rzadko się mówi. Lęk. Taki cichy, niepozorny. Że się nie uda. Że już za późno. Że inni potrafią lepiej. I to potrafi zatrzymać bardziej niż brak czasu. Trzeba się z tym jakoś dogadać, choć łatwo nie jest.
A potem przychodzi taki dzień, zwykły, nic szczególnego, i orientujesz się, że coś się udało. Że zrobiłeś ten krok, który odkładałeś. I nie ma fanfar, nie ma braw. Jest tylko taka cicha satysfakcja. I ona jest, powiem szczerze, wystarczająca.
Na koniec — planowanie po sześćdziesiątce to nie jest wyścig. To raczej spacer. Czasem wolniejszy, czasem z przystankami, czasem bez wyraźnego celu. I może właśnie o to chodzi, żeby ten spacer miał sens. Nawet jeśli tylko dla nas.
I żeby chcieć iść dalej. Choćby kawałek.









