Szukaj

Jak wyznaczać granice w relacjach międzyludzkich?

Jak wyznaczać granice w relacjach międzyludzkich2

Z granicami to jest tak, że wszyscy o nich mówią, ale mało kto naprawdę wie, gdzie one są. Ja też nie wiedziałem przez długie lata. Człowiek żyje, krząta się, rano kawa (czasem za mocna, czasem za słaba), potem sprawy, ludzie, telefony, ktoś czegoś chce, ktoś się obraził, ktoś znowu „tylko na chwilę”. I tak dzień po dniu. Dopiero po sześćdziesiątce — a może właśnie wtedy — zaczyna do człowieka docierać, że to wszystko kosztuje. Że to „tak trzeba” i „nie wypada odmówić” odkłada się w środku jak kurz na meblach. Niby go nie widać, ale w końcu zaczyna drapać w gardle.

Pamiętam jedną sytuację sprzed lat, zwyczajną jak kromka chleba. Sąsiad, miły skądinąd, wpadał bez zapowiedzi. Zawsze „na chwilę”. A ta chwila ciągnęła się, ciągnęła, herbata stygła, ja patrzyłem na zegarek, ale przecież nie powiem: idź już. No bo jakże inaczej. Przecież głupio. Tylko że potem siedziałem sam w kuchni, słuchałem jak lodówka buczy i myślałem: czemu ja właściwie jestem zły? Na niego czy na siebie? No właśnie.

Granice nie mają wiele wspólnego z egoizmem, chociaż często tak się je przedstawia. Zwłaszcza w naszym pokoleniu. Nas uczono raczej ustępować, być „w porządku”, nie robić problemów. Tylko że bycie w porządku bardzo łatwo zamienia się w bycie przezroczystym. A człowiek, nawet spokojny, nawet ugodowy, nie jest zrobiony z powietrza. Ma swoje zmęczenie, swoje przyzwyczajenia, swoje święte pół godziny ciszy po obiedzie. Każdy to zna, prawda?

Wyznaczanie granic to nie jest jedno wielkie „nie”, wypowiedziane z hukiem. To raczej drobne korekty, czasem ledwo zauważalne. Krótsza rozmowa przez telefon. Nieodebrany telefon, kiedy naprawdę nie mamy siły — świat się nie zawali, sprawdziłem. Powiedzenie: „Dziś nie dam rady”, bez tłumaczenia się przez pięć minut. To trudne, bo w głowie od razu odzywa się głos: a co on pomyśli, a co ona powie. Tylko że ten głos zwykle nie płaci rachunków za nasze zdrowie.

Relacje rodzinne są w tym wszystkim najtrudniejsze, bo tam emocje są gęste jak zupa, która dawno powinna była zostać zdjęta z ognia. Dzieci, dorosłe już przecież, potrafią zadzwonić z pretensją, że nie mamy czasu. Albo że robimy coś „nie tak”. I człowiek słucha, kiwa głową, a potem długo nie może zasnąć. Granica w takiej sytuacji to czasem jedno zdanie: „Rozumiem, ale ja widzę to inaczej”. I kropka. Bez wojny, bez trzaskania drzwiami. Po prostu postawienie krzesła w swoim miejscu.

Zauważyłem też — może to starcze spostrzeżenie, ale trudno — że im mniej mamy czasu przed sobą, tym cenniejsze stają się drobiazgi. Spokój poranka. Własne tempo. Możliwość powiedzenia „dziś zostaję w domu”. Jeśli ktoś tego nie rozumie, to przykro, ale to jeszcze nie powód, żeby oddawać mu ster. Granice są jak płot w ogrodzie: nie po to, żeby nikogo nie wpuszczać, tylko żeby było wiadomo, gdzie zaczyna się czyja przestrzeń.

Bywają oczywiście potknięcia. Czasem powiemy za ostro. Czasem za późno. Czasem w ogóle nic nie powiemy i znów będziemy mielić w głowie, co należało zrobić. To normalne. Uczymy się tego do końca życia, bez dyplomu na koniec. Ja sam wciąż się uczę. Czasem mi wychodzi, czasem nie. Ale różnica jest taka, że dziś przynajmniej wiem, o co mi chodzi.

Na koniec — bo każdy tekst musi się jakoś domknąć, nawet jeśli w środku trochę się rozłazi — powiem to najprościej, jak umiem. Granice to nie mur. To linia narysowana spokojną ręką. Można ją poprawić, przesunąć, czasem zamazać i narysować od nowa. Ważne, żeby była nasza. I żebyśmy, wracając wieczorem do kuchni, do tego buczenia lodówki i zapachu herbaty, mieli poczucie, że to miejsce nadal do nas należy. Tyle. I aż tyle.

Obraz autorstwa freepik