Nie pamiętam, kiedy pierwszy raz pomyślałem o pieniądzach w kontekście wnuków. To nie było żadne objawienie przy porannej kawie, raczej drobny moment, taki między jednym a drugim westchnieniem. Stałem w kolejce na poczcie — tej starej, gdzie drzwi skrzypią, a w kącie zawsze stoi wiadro, bo coś gdzieś kapie. Przede mną młody chłopak opłacał rachunek telefonem, nawet nie spojrzał na kwotę. Pyk, gotowe. I wtedy przyszło to uczucie, trochę jak ukłucie: że świat, w który wejdą nasze wnuki, będzie finansowo kompletnie inny. I że jeśli my teraz nie pomyślimy, to potem… no, potem może być nerwowo.
My jesteśmy z innego porządku. Gotówka w portfelu, schowana „na czarną godzinę”, bank ten sam od dekad, pani w okienku, która zna nazwisko. Stabilność, przewidywalność, nawet jeśli czasem złudna. A wnuki? One nie „idą do banku”, one bank mają w kieszeni. I jak tu zabezpieczać przyszłość kogoś, kto będzie zarabiał i wydawał w świecie, który nam czasem wymyka się z rąk? To pytanie wraca do mnie często, zwykle wieczorem, kiedy w mieszkaniu cicho, tylko lodówka mruczy.
Pierwszy odruch jest prosty i bardzo ludzki: odkładać. Regularnie, choćby niewiele. Co miesiąc coś przelać, schować, zapisać w zeszycie. To ma sens, nawet jeśli inflacja gryzie, nawet jeśli lokaty śmiesznie niskie. Bo tu nie chodzi wyłącznie o procenty. Chodzi o gest, o myśl wyprzedzającą czas. Znam ludzi, którzy zakładają wnukom konta oszczędnościowe, inni kupują obligacje, jeszcze inni — działkę gdzieś pod miastem, „bo ziemia zawsze zostanie”. Zawsze… no, prawie zawsze, bo życie lubi poprawiać takie pewniki.
Jest też temat darowizn, prezentów, tych wszystkich kopert wręczanych przy okazji chrztów, komunii, osiemnastek. Kiedyś to było oczywiste: dajesz, co masz, reszta się nie liczy. Dziś warto czasem zatrzymać rękę i pomyśleć: może lepiej mniej, ale z sensem? Może coś, co nie zniknie po miesiącu. To trudne, bo dzieci chcą dawać radość tu i teraz, a my — no właśnie — my myślimy dalej, czasem aż za daleko.
Ale zabezpieczenie przyszłości to nie tylko pieniądze w czystej postaci. To również rozmowa. Cicha, zwyczajna, przy stole, kiedy kruszy się chleb, a herbata stygnie. Tłumaczenie, skąd się biorą pieniądze i dokąd znikają. Bez mentorskości, bez „za moich czasów”, chociaż czasem się wyrwie, bo każdy to zna, prawda? Wnuki słuchają jednym uchem, ale coś zostaje. Że nie wszystko trzeba wydać od razu. Że kredyt to nie darmowy pieniądz. Że reklama kłamie — często i bez wstydu.
Czasem myślę też o edukacji. Nie tej szkolnej, tylko życiowej. O tym, że warto pokazać, jak się płaci rachunki, jak planuje wydatki, jak się odkłada na coś, co nie przyjdzie od razu. To są drobiazgi, ale z drobiazgów składa się potem dorosłość. I jeśli wnuk zobaczy, że dziadek czy babcia nie boją się liczyć, sprawdzać, pytać — to może sam też nie będzie się bał.
Jest jeszcze temat, który wielu omija szerokim łukiem: testament. Sam długo odkładałem tę myśl, bo brzmi ciężko, bo jakby zapeszała. A potem widziałem w rodzinie bałagan, papiery, niedopowiedzenia, ciszę przy stole. I zrozumiałem, że testament to nie zapowiedź końca, tylko porządkowanie spraw. Akt odpowiedzialności. Bez patosu, bez wielkich słów. Wystarczy usiąść, spisać, przemyśleć. Może przy tej samej szarlotce, co zawsze.
Niektórzy mówią: po co, dzieci sobie poradzą, wnuki jeszcze bardziej. Może i tak. Ale ja mam wrażenie, że przyszłość finansowa to nie jest jednorazowy przelew ani magiczna suma. To proces. Trochę oszczędzania, trochę rozmów, trochę błędów po drodze. I zgoda na to, że nie wszystko przewidzimy. Świat się zmienia, szybciej niż kiedyś, słychać to nawet na ulicy, po tych hulajnogach, co świszczą pod oknem.
Na koniec powiem tak: nie chodzi o to, żeby wnuki miały łatwiej niż my. Chodzi o to, żeby miały bezpieczniej. Żeby miały jakiś punkt zaczepienia, coś, co pomoże im nie zgubić się na starcie. A czy to będzie konto, obligacja, kawałek ziemi czy po prostu mądra rozmowa przy stole — to już każdy musi poczuć sam. Jak wszystko, co naprawdę ważne.









