Szukaj

Joga i medytacja – praktyki dla ciała i ducha

Joga i medytacja – praktyki dla ciała i ducha2

Nie pamiętam już dokładnie, kiedy pierwszy raz ktoś mi powiedział: „spróbuj jogi”. To było chyba w autobusie, takim, co to jedzie za długo i za głośno, a człowiek siedzi i myśli, że wszystko go boli – kolano, plecy, nawet kark jakby miał swoje zdanie. I wtedy ta znajoma, właściwie pół-znajoma, rzuciła to zdanie od niechcenia. Joga. Medytacja. Brzmiało jak coś z innego świata, trochę egzotycznie, trochę… nie dla mnie.

Bo przecież człowiek całe życie się spieszył. Praca, dzieci, zakupy, rachunki – każdy to zna, prawda? A tu nagle ktoś mówi: usiądź, oddychaj. Nic nie rób. No jak to – nic?

Pierwsze podejście było, nie będę ukrywał, dość komiczne. Mata kupiona gdzieś w markecie, taka niebieska, trochę śliska. W salonie, między stołem a fotelem, próbowałem się położyć i „rozluźnić”. Tylko że w głowie lista zakupów, w kuchni czajnik zaczyna gwizdać, a sąsiad – jak na złość – wierci w ścianie. Medytacja? Raczej walka o przetrwanie.

Ale coś mnie zatrzymało przy tym. Może to było to jedno ćwiczenie, kiedy po raz pierwszy poczułem, że oddech naprawdę coś robi. Nie tylko jest, ale jakby prowadzi. Wdech – powoli, jakby się człowiek uczył od nowa. Wydech – jeszcze wolniej. I nagle ciszej. Nie w mieszkaniu, nie, tam dalej swoje życie – tylko gdzieś we mnie.

Z jogą było podobnie. Na początku człowiek myśli, że to wszystko o wyginaniu się jak młody kot. A potem okazuje się, że chodzi o coś innego. O to, żeby w ogóle poczuć, gdzie się kończy ręka, a zaczyna bark. Śmieszne? Może. Ale po latach siedzenia, schylania się, dźwigania – to nie jest takie oczywiste.

Pamiętam jeden poranek. Jesień, chłodno, trochę wilgoci w powietrzu. Podłoga zimna, aż się nie chciało stawać boso. I właśnie wtedy zrobiłem kilka prostych ruchów, takich naprawdę prostych – skłon, rozciągnięcie, nic wielkiego. I nagle poczułem, że ciało jakby się „otwiera”. Nie wiem, jak to inaczej nazwać. Jakby ktoś odkręcił lekko zardzewiały zawór.

Medytacja przyszła później. I długo była… niewygodna. Bo jak człowiek siada w ciszy, to zaczyna słyszeć rzeczy, których wcześniej nie było czasu usłyszeć. Własne myśli. I to nie zawsze przyjemne. Czasem wracają stare sprawy, jakieś słowa, które się powiedziało nie tak. Albo nie powiedziało wcale.

Ale z czasem – nie od razu, nie ma co się łudzić – coś się zmienia. Myśli dalej przychodzą, ale już nie siadają człowiekowi na głowie. Przepływają. Trochę jak ludzie na przystanku – jedni stoją dłużej, inni tylko przemkną.

Ktoś mnie kiedyś zapytał, czy to naprawdę działa. No i co ja mam odpowiedzieć? Nie, nie sprawi, że nagle wszystko będzie lekkie i bezproblemowe. Kolano dalej czasem boli, rachunki same się nie zapłacą, a świat – jaki jest, każdy widzi.

Ale jest coś jeszcze. Taki moment w ciągu dnia, czasem krótki, kiedy człowiek nie jest rozciągnięty między obowiązkami jak stara guma. Tylko jest. Siedzi, oddycha, może trochę krzywo, może z myślą, że zaraz trzeba wstać i zrobić herbatę… ale jednak jest.

I może o to w tym chodzi. Nie o perfekcję, nie o idealne pozycje, które wyglądają jak z kolorowego magazynu. Tylko o to, żeby na chwilę wrócić do siebie. Do ciała, które przecież tyle lat nosiło nas przez życie, i do głowy, która – no cóż – czasem potrzebuje chwili ciszy.

Podsumowując, choć to słowo zawsze brzmi trochę zbyt poważnie: joga i medytacja nie są dla wybranych. Nie trzeba być elastycznym ani szczególnie spokojnym człowiekiem. Wystarczy spróbować. Może nie wyjdzie od razu, może będzie śmiesznie, trochę niezgrabnie. Ale może – tak jak u mnie – zostanie coś na dłużej. Taki mały kawałek spokoju, który nosi się potem ze sobą. Nawet do autobusu. Nawet wtedy, kiedy znowu ktoś wierci w ścianie.

Obrazek na Freepik