Szukaj

Mindfulness – trening uważności dla seniorów

Mindfulness – trening uważności dla seniorów2

Kiedy pierwszy raz usłyszałem słowo „mindfulness”, skrzywiłem się, przyznaję. Brzmiało jak kolejna moda z kolorowego magazynu, coś między dietą pudełkową a jogą na desce. A ja już swoje lata mam i niejedną modę widziałem – od aerobiku przy telewizorze po picie octu jabłkowego na wszystko. A jednak to słowo wracało. W rozmowie z lekarką, w radiu, nawet w kolejce do apteki, gdzie dwie panie – na oko po siedemdziesiątce – rozmawiały o „uważnym oddychaniu”. Pomyślałem: dobrze, sprawdzę. Z dziennikarskiego obowiązku. No i z ciekawości, nie oszukujmy się.

Mindfulness, czyli uważność, to w gruncie rzeczy nic nowego. Tylko nazwane po angielsku, żeby brzmiało poważniej. Chodzi o to, by być tu i teraz. Siedzieć przy stole i naprawdę siedzieć przy stole, a nie w myślach wczoraj albo jutro. Oddychać i czuć, że się oddycha. Proste? Niby tak. A spróbujcie przez minutę nie myśleć o rachunkach, o tym, czy wyłączyliście gaz, o tym, co powiedziała sąsiadka na klatce.

Pamiętam swoje pierwsze „ćwiczenie”. Usiadłem w fotelu – tym wysiedzianym, przy oknie, z którego widać topolę i kawałek parkingu. Był listopad, szarość taka, że aż zęby bolały. Zamknąłem oczy. Skupiłem się na oddechu. I wiecie co? Najpierw usłyszałem lodówkę. To jej ciche buczenie, które zwykle ginie w tle. Potem tykanie zegara. Potem własne kolano, które chrupnęło, kiedy poprawiłem nogę. A dopiero potem oddech. Wdech. Wydech. I nagle, przez moment – krótki, ale wyraźny – zrobiło się ciszej. We mnie.

Nie chodzi o to, żeby osiągnąć jakieś oświecenie. My, po sześćdziesiątce czy siedemdziesiątce, nie musimy już nikomu nic udowadniać. Ale uważność ma w sobie coś kojącego. Zwłaszcza kiedy świat przyspieszył do granic absurdu. Telefony, wiadomości, komunikaty. Nawet wnuki, kiedy przychodzą, potrafią jedną ręką przytulać, a drugą przesuwać palcem po ekranie. Taki znak czasu.

Dla wielu seniorów największym wrogiem jest samotność. Cisza w mieszkaniu, która wieczorem bywa ciężka jak mokry koc. I tu paradoks: mindfulness nie polega na zagłuszaniu tej ciszy, tylko na oswajaniu jej. Na tym, żeby usiąść z filiżanką herbaty – takiej zwykłej, czarnej, z plasterkiem cytryny – i naprawdę poczuć jej zapach. Ciepło kubka w dłoniach. Lekko kwaśny smak. Każdy to zna, prawda? Tylko że rzadko się przy tym zatrzymujemy.

Rozmawiałem niedawno z panią Zofią, 72 lata, była księgowa. Powiedziała mi coś, co zapamiętałem: „Wie pan, ja całe życie liczyłam cudze pieniądze, a teraz uczę się liczyć własne oddechy”. Uśmiechnęła się przy tym tak, że aż mi się ciepło zrobiło. Ona zaczęła od pięciu minut dziennie. Siada przy kuchennym stole, zanim włączy radio. Oddycha. Patrzy przez okno. Czasem myśli uciekają – do męża, którego już nie ma, do dawnych wakacji w Ustce – ale nie walczy z nimi. Pozwala im przepłynąć. To ładne słowo, „przepłynąć”. Trochę jak liście na rzece.

Nie chcę tu nikogo namawiać na medytacyjne rewolucje. Sam nie jestem typem, który siedzi w pozycji lotosu. Kręgosłup by mi tego nie wybaczył. Ale uważność można ćwiczyć w ruchu. Podczas spaceru – zwłaszcza teraz, kiedy powietrze pachnie wilgotną ziemią i dymem z kominów. Podczas zmywania naczyń, kiedy ciepła woda otula dłonie. Nawet w kolejce do lekarza, zamiast przeglądać bez końca telefon.

Są badania – tak, wiem, brzmi poważnie – które mówią, że regularna praktyka uważności obniża poziom stresu, pomaga w bezsenności, łagodzi objawy lęku. Ale szczerze? Najbardziej przekonuje mnie to, że przez te kilka minut dziennie czuję się bardziej… obecny. Jakby ktoś wyostrzył obraz. Kolory są trochę wyraźniejsze, dźwięki mniej drażniące. Może to autosugestia. A może po prostu człowiek wreszcie zwalnia.

Nie ma w tym niczego wstydliwego ani dziwacznego. Nasi dziadkowie nie znali słowa „mindfulness”, ale potrafili siedzieć na ławce przed domem i patrzeć na zachód słońca bez poczucia, że tracą czas. Może więc nie uczymy się niczego nowego. Może tylko przypominamy sobie coś, co było w nas od zawsze.

Na koniec powiem tak: spróbujcie. Nie jutro, nie od poniedziałku. Dziś. Usiądźcie na chwilę. Posłuchajcie swojego oddechu, stukotu kaloryfera, może dalekiego szczekania psa. To niewiele kosztuje, a może – kto wie – przynieść odrobinę spokoju. A w naszym wieku spokój to już nie luksus. To skarb. I warto go pielęgnować, nawet jeśli zaczyna się od jednego, nieporadnego wdechu.

Obraz autorstwa freepik