Zawsze myślałem, że ogród to jest coś, co się ma albo się nie ma. Kawałek ziemi, płot, sąsiad z psem, który zawsze akurat wtedy musi wyjść. I dopiero po latach dotarło do mnie, że ogród to nie metraż, tylko odruch. Taki odruch ręki, która sięga po doniczkę, nawet jeśli to tylko parapet od północy i balkon, na którym wieje jak na dworcu w Kutnie. No bo jakże inaczej. Człowiek swoje musi posadzić.
U mnie zaczęło się banalnie. Od szczypiorku w kubku po jogurcie. Stał krzywo, ziemia była jakaś taka zbita, a ja i tak codziennie rano zaglądałem, czy urósł. Rósł. Trochę. Pachniał kuchnią z dawnych lat, kiedy wszystko było prostsze i nikt nie mówił „superfood”. I tak już zostało. Jedna doniczka, druga, potem nagle nie ma gdzie postawić kubka z herbatą, bo wszędzie coś zielonego. Czasem uschnie, czasem się uda. Normalna sprawa.
Uprawa roślin w domu to nie jest żadna wielka filozofia, chociaż w internecie potrafią z tego zrobić niemal religię. A to specjalna ziemia, a to światło, a to kalendarz księżycowy. Ja tam patrzę przez okno. Jak słońce świeci – dobrze. Jak nie świeci – też dobrze, tylko podleję mniej. Zresztą rośliny, podobnie jak ludzie, nie lubią nadopiekuńczości. Przelane, zagadane, zagłaskane – więdną. Zostawione czasem same sobie, potrafią zaskoczyć. Każdy to zna, prawda?
Balkon to już osobna historia. Mój jest mały, ciasny, z widokiem na parking. Żadnych zachodów słońca nad łąką. Ale jak postawiłem skrzynki z pelargoniami i bazylią, to nagle zrobiło się inaczej. Zapach rano, kiedy otwieram drzwi balkonowe, taki zwyczajny, zielony. Słychać tramwaj, ktoś trzaska drzwiami w bloku obok, a tu liście. Żywe. I człowiek myśli: no proszę, da się.
Czasem łapię się na tym, że gadam do tych roślin. Nie głośno, bez świadków, raczej pod nosem. „No rośnijże”, „coś ty taki smutny”. Brzmi jak początek niepokojącej historii, ale spokojnie — to raczej kwestia wieku i ciszy w domu. A może też potrzeby, żeby coś odpowiadało bez słów. Rośliny są w tym dobre. One nie przerywają, nie poprawiają, nie mają rad. Stoją i są. A to bywa więcej, niż się wydaje.
Nie zawsze się udaje. Powiem uczciwie. Były pomidory, które obiecywały wiele, a skończyły marnie, zanim jeszcze zakwitły. Była mięta, która wyglądała jakby miała depresję. I były chwile złości – po co ja to w ogóle robię? Przecież w sklepie wszystko jest. No właśnie. Jest. Ale nie o to chodzi. Chodzi o ten moment, kiedy coś podlewasz wieczorem, w kapciach, z kubkiem niedopitej kawy, i czujesz, że dzień się domyka. Nawet jeśli był byle jaki.
Zauważyłem też, że wraz z roślinami wracają wspomnienia. Nagle przypomina się ogródek dziadka, krzaki porzeczek, zapach mokrej ziemi po burzy. Albo mama, która zawsze mówiła, że kwiaty trzeba podlewać rano, bo wieczorem „niezdrowo”. Nie wiem, czy to prawda, ale do dziś czasem podlewam rano, z sentymentu. Takie drobiazgi. Małe nici, które łączą teraz z dawniej.
Dla wielu z nas, po sześćdziesiątce, siedemdziesiątce, ogród – ten prawdziwy albo ten balkonowy – to ostatnia przestrzeń, gdzie jeszcze coś zależy od nas. Nie od lekarza, nie od urzędnika, nie od prognozy. Od tego, czy pamiętałeś podlać. Czy przesadziłeś na czas. Czy dałeś roślinie szansę. To brzmi górnolotnie, wiem. Ale spróbuj nie podlewać tydzień, a zobaczysz, jak cię to dogoni.
Nie trzeba mieć ręki do kwiatów. Naprawdę. Wystarczy mieć rękę. Czasem brudną od ziemi, czasem drżącą, czasem zmęczoną. Roślina to wytrzyma. I odda. Nie zawsze plonem, nie zawsze kwiatem. Czasem tylko tym, że jest. Zielona. Cicha. Obecna.
Na koniec powiem tak: ogród marzeń nie wygląda jak z katalogu. Mój jest krzywy, przypadkowy, trochę chaotyczny. Doniczki nie do pary, ziemia rozsypana, liść suchy tu i tam. Ale jest mój. I kiedy rano zapalam światło w kuchni, a na parapecie coś się poruszy, bo przeciąg, to myślę sobie – dobrze, że to mam. Naprawdę dobrze. I tego właśnie życzę każdemu. Choćby jednego listka.









