Szukaj

Osteoporoza u seniorów – profilaktyka i leczenie

Osteoporoza u seniorów – profilaktyka i leczenie2

Pierwszy raz słowo „osteoporoza” usłyszałem nie u lekarza, tylko w kolejce do piekarni, a jakże. Pani Zosia z trzeciego piętra, ta zawsze w płaszczu nie na pogodę, mówi nagle: „Ja to już muszę uważać, bo kości mam jak opłatek”. Uśmiech, ale taki niepewny. Zapach świeżego chleba mieszał się z tym zdaniem i pamiętam, że coś mnie w nim ukłuło. Bo to nie było powiedzonko. To była informacja. Tylko podana półgębkiem, jakby mimochodem.

Osteoporoza nie robi hałasu. Nie boli, nie krzyczy, nie każe się sobą zajmować. Przychodzi cicho, latami, jak wilgoć w starym domu. Człowiek wstaje rano, stawia nogę na podłodze, skrzypnie deska, kolano też skrzypnie, ale kto by się tym przejmował. Aż pewnego dnia wystarczy potknąć się o próg. O ten sam próg, który był tam od zawsze. I nagle okazuje się, że kość pękła jak sucha gałąź. Każdy to zna, prawda? Albo przynajmniej zna kogoś, komu się to przydarzyło.

Pamiętam korytarz w szpitalu — zimne światło, zapach środków dezynfekcyjnych i dźwięk chodzików sunących po podłodze. Ten dźwięk zostaje w głowie. Większość tych ludzi nie wyglądała na chorych. Zwyczajni. Tylko kości już nie te. Osteoporoza szczególnie lubi osoby starsze, częściej kobiety, ale panowie niech się nie łudzą. To nie jest choroba „czyjaś”, to choroba wieku. Naszego.

Profilaktyka. Słowo niby mądre, a chodzi o rzeczy zwykłe do bólu. Ruch. Nie fitness, nie żadne cuda. Spacer. Codzienny. Nawet krótki, byle regularny. Kości, proszę państwa, są jak stare zawiasy — jak się ich nie rusza, to rdzewieją. Człowiek czasem myśli: „Po co, skoro i tak mnie wszystko boli?”. A potem boli jeszcze bardziej, bo przestał się ruszać.

Jedzenie też ma znaczenie, choć nie lubimy, gdy nam się zagląda do talerza. Wapń, owszem, ale nie tylko w szklance mleka. Ryby, twaróg, zielone warzywa, kasza, jajko od czasu do czasu. No i witamina D, ta od słońca, którego zimą jak na lekarstwo. Lekarz kiedyś powiedział mi: „Pan się słońca boi jak diabeł święconej wody”. Coś w tym było.

Badania? Densytometria brzmi jak nazwa maszyny z filmu science fiction, a to zwykłe badanie, krótkie, bezbolesne. Tylko trzeba chcieć. Leczenie też jest — tabletki, zastrzyki, suplementy. To nie cofnie czasu, nie sprawi, że będziemy skakać przez płoty, ale potrafi zatrzymać proces. A zatrzymać to czasem znaczy uratować samodzielność. Własne buty zakładane bez pomocy. Własne zakupy niesione do domu.

Najtrudniejsze jest chyba to, że trzeba uważać. Że dywanik w przedpokoju staje się podejrzany. Że drabina w piwnicy nagle wygląda groźnie. Że trzeba poprosić kogoś o pomoc, choć całe życie było się „samowystarczalnym”. To boli ambicję bardziej niż biodro. Wiem, bo sam to przerabiałem.

I jeszcze jedno, o czym rzadko się mówi — strach. Cichy, codzienny. Że się przewrócę. Że nie wstanę. Że zostanę w czterech ścianach. Ten strach też osłabia, usztywnia ruchy, zabiera pewność siebie. A to z kolei zwiększa ryzyko upadku. Błędne koło, niestety.

Jest jeszcze sprawa, o której rzadko się mówi głośno, bo nie pasuje do poradników — zmęczenie. Takie zwykłe, codzienne, kiedy człowiekowi nie chce się już pilnować wszystkiego: leków, ćwiczeń, terminów. Kiedy myśl „a jutro” wraca częściej niż powinna. Osteoporoza wtedy korzysta, bo ona lubi naszą nieuwagę. Dlatego czasem najważniejsze nie jest to, co zaleci lekarz, tylko to, czy wstaniemy i jednak pójdziemy te pięć minut dalej, mimo że się nie chce. Bez bohaterstwa. Z przekonania, że jeszcze warto.

Na koniec, przy zimnej już herbacie i dźwięku radia w tle, powiem tak: osteoporoza to nie wyrok, ale to też nie temat do zbycia żartem. Trzeba ją potraktować serio, choć bez paniki. Trochę ruchu, trochę rozsądku, trochę pokory. I uważności na siebie. Bo kości, choć ciche, pamiętają wszystko. I lepiej, żeby pamiętały nasze spacery, a nie upadki.

Obraz autorstwa freepik