Zacznę może nieładnie, bo od kuchni. Dosłownie. Siedzę przy stole, tym samym od lat, z drobną rysą po lewej stronie (nie pytajcie), a w czajniku coś już trzeci raz dziś zagwizdało. Kawa stygnie szybciej, niż powinna, a ja liczę w głowie: ile zostało do wakacji i czy w ogóle „wakacje” to jeszcze słowo dla mnie. No bo przecież nie szkoła, nie urlop z zakładu, nie talon. A jednak. Człowiek chce gdzieś pojechać. Albo choć wyjechać myślami, prawda?
Oszczędzanie na wakacje… Brzmi jak hasło z kolorowej gazetki, ale u nas, seniorów, to raczej codzienna praktyka niż plan strategiczny. Uczyliśmy się oszczędzać dawno temu, w czasach, gdy nic nie było, a wszystko się przydawało. Sznurek, słoik, koperta. Do dziś mam w szufladzie koperty opisane ołówkiem: „leki”, „czynsz”, „na czarną godzinę”. Ta ostatnia zawsze mnie trochę bawi, bo czarne godziny to u mnie zwykle środa po południu, gdy wszystko naraz.
Wakacje zaczynają się więc nie od walizki, tylko od decyzji. Cichej, bez fanfar. Że spróbuję. Że odłożę. Po trochę. Nie co miesiąc, nie według tabelki, tylko wtedy, gdy się da. Gdy nie kupię trzeciego jogurtu „bo w promocji”. Gdy zamiast nowej koszuli (ładna była, fakt) powiem sobie: mam już pięć, przeżyję. I tak, czasem boli. Czasem człowiek ma ochotę machnąć ręką, bo po co mi morze, skoro kolano strzyka. Ale potem przypominam sobie zapach porannej kawy w pensjonacie, gdzieś w Ciechocinku, i już mi lżej.
Nie oszczędzam „idealnie”. Nie prowadzę zeszytu, choć próbowałem, trzy strony i koniec. Oszczędzam raczej intuicyjnie. Gotówką. Odkładam banknoty, nie monety, bo monety znikają. Same. Każdy to zna. Banknot schowany w książce, między stroną 146 a 147 (nie pytajcie, czemu tam) potrafi przetrwać miesiące. A potem jest jak prezent od samego siebie. Mały, ale cieszy.
Dużo daje też rozmowa. Z sąsiadką z klatki, z kolegą z ławki w parku. Kto gdzie był, jak tanio, jak długo. Ktoś poleci sanatorium poza sezonem, ktoś inny powie: „nie jedź w lipcu, w maju jest ciszej i taniej”. I to są złote rady, nie te z internetu. Internet swoje, a życie swoje. Ja wolę wiedzieć, że w pokoju jest czajnik i że śniadanie da się zjeść bez pośpiechu.
Oszczędzanie to też rezygnacja z rozmachu. Kiedyś chciałem „jak ludzie”, daleko, egzotycznie. Teraz wolę bliżej. Pociąg zamiast samolotu, bo kolana, bo bagaż, bo czas. Polska jest duża, choć nie zawsze to doceniamy. A i tańsza, co tu dużo mówić. I swojska. Barszcz smakuje jak barszcz, nie jak „inspiracja barszczem”.
Czasem oszczędzam na rzeczy, które kiedyś wydawały mi się nietykalne. Telewizja? Jedna, nie pięćdziesiąt kanałów. Prąd? Gaszę światło, nawet jeśli tylko na chwilę wychodzę z pokoju. Stare nawyki wracają same. I dobrze. Nie z biedy, tylko z rozsądku. Choć bywa, że ktoś powie: „Panie, po co się pan tak męczy?”. A ja wtedy myślę, że to nie męka, tylko wybór.
Wakacje dla seniora to nie ucieczka. To raczej oddech. Krótszy, spokojniejszy, ale potrzebny. I warto na niego odkładać, nawet jeśli plan się zmieni, nawet jeśli ostatecznie pojedzie się tylko do córki na wieś. Bo to odkładanie samo w sobie daje poczucie sprawczości. Że jeszcze mogę, że decyduję.
Na koniec powiem coś prostego, może banalnego. Oszczędzanie na wakacje nie zaczyna się w portfelu, tylko w głowie. W tym momencie, gdy zamiast mówić „już za późno”, mówimy „a czemu nie?”. Reszta to już tylko drobiazgi. Banknot w książce, cisza przed sezonem, herbata pita powoli. I ten moment, gdy budzisz się gdzie indziej niż zwykle i przez sekundę nie wiesz, gdzie jesteś. A potem wiesz. I jest dobrze.









