Z planowaniem tygodnia miałem zawsze relację… powiedzmy, skomplikowaną. Z jednej strony lubię mieć wszystko zapisane, poukładane, w linijkach. Z drugiej – życie, zwłaszcza po sześćdziesiątce, potrafi zadrwić z każdego planu. Wystarczy jeden telefon od lekarza, jedno „wpadnijcie na kawę”, jedno kolano, które akurat tego dnia uzna, że nie współpracuje – i cały misterny harmonogram ląduje w szufladzie razem z rachunkami za prąd.
A jednak planuję. Co niedzielę, po śniadaniu. Z kubkiem herbaty, jeszcze w kapciach. Wyciągam stary kalendarz książkowy – taki z gumką, nie żaden elektroniczny – i siadam przy stole. Cisza w mieszkaniu jest wtedy inna, spokojniejsza. Słychać tylko lodówkę i czasem windę na klatce. I zaczynam.
Najpierw rzeczy obowiązkowe. Rehabilitacja we wtorek. Zakupy – zwykle w środę, bo wtedy w naszym osiedlowym sklepie jest świeża dostawa warzyw, a pani Zosia odkłada mi pęczek koperku. W piątek telefon do wnuczki. To już rytuał. Gdy zapomnę, dzwoni sama i mówi: „Dziadku, żyjesz?”. Żyję, żyję, tylko czasem gubię dni.
Kiedyś planowanie kojarzyło mi się z pracą. Terminy, zebrania, delegacje. Pamiętam, jak w redakcji ścigaliśmy się z czasem, a nad wszystkim wisiał cień zamknięcia numeru. Wtedy kalendarz był jak mapa pola minowego. Dziś jest bardziej jak mapa spaceru. Zaznaczam na nim drobiazgi: wymiana baterii w pilocie, oddanie książki do biblioteki, nawet podlewanie kwiatów, jeśli zapowiada się upał. Ktoś powie: przesada. Może. Ale kiedy zapiszę, głowa jest lżejsza. Jakby ktoś zdjął z niej ciężki kaszkiet.
Nie planuję wszystkiego. To ważne. Zostawiam w tygodniu puste przestrzenie, takie „nic”. Bo czasem to „nic” okazuje się najlepszą częścią dnia. Nagle przychodzi ochota na spacer nad rzekę, choć wiatr wieje w oczy. Albo na usmażenie naleśników w środku tygodnia, bez okazji. No bo jakże inaczej wytłumaczyć sobie tę nagłą potrzebę słodkiego?
Zauważyłem też, że planowanie pomaga w sprawach zdrowia. Jeśli wpiszę w kalendarz spacer – 30 minut, nie więcej – łatwiej mi wyjść. Nawet gdy chmurzy się na deszcz, nawet gdy kręgosłup marudzi. Bo skoro zapisane, to wypada. I potem wracam do domu z rumieńcem na twarzy, z tym charakterystycznym zapachem chłodnego powietrza na kurtce. Człowiek czuje, że coś zrobił. Dla siebie.
Oczywiście bywa, że plan się rozsypie. W zeszłym tygodniu miałem ambitny zamiar posprzątać piwnicę. Rozpisałem to niemal godzinowo – najpierw półki, potem stare słoiki. I co? Zszedłem tam, otworzyłem drzwi i uderzył mnie zapach wilgoci oraz wspomnienia. Stare narty, sanki, pudełko z kasetami magnetofonowymi. Włączyłem jedną w domu, z ciekawości. Głos z młodości, trochę szumiący. I po sprzątaniu. Zamiast tego była herbata i długie siedzenie w fotelu.
Planowanie nie powinno być batem. To raczej poręcz przy schodach – pomaga, ale nie ciągnie na siłę. My, w tym wieku, mamy już prawo do elastyczności. Do zmiany zdania. Do przesunięcia czegoś na jutro bez poczucia winy, że świat się zawali. Świat się nie zawali. Najwyżej kurz poleży dzień dłużej.
Czasem zapisuję w kalendarzu rzeczy zupełnie zwyczajne: „zadzwonić do Marka”, „przejrzeć zdjęcia”, „upiec chleb”. To ostatnie szczególnie mnie uspokaja. Wyrabianie ciasta, to rytmiczne ugniatanie, mąka na blacie. Potem zapach pieczonego chleba w całym mieszkaniu – sąsiedzi pewnie wiedzą, kiedy piekę, bo wentylacja niesie aromat na klatkę. I wtedy plan tygodnia przestaje być listą zadań. Staje się opowieścią o tym, jak chcę przeżyć najbliższe dni.
Nie wszystko da się zaplanować, to jasne. Zdrowie, pogoda, humor – one chodzą własnymi ścieżkami. Ale plan daje poczucie, że coś jednak trzymamy w ręku. Że tydzień nie przelatuje jak gazeta przewracana w pośpiechu, tylko ma swoje zakładki.
Na koniec powiem tak: planowanie tygodnia nie jest oznaką sztywności. To raczej wyraz troski o siebie. O swój czas, o swoją energię. Nie musi być idealne, nie musi być pięknie zapisane. Wystarczy kilka słów na kartce. Reszta i tak potoczy się po swojemu – i bardzo dobrze. Bo w tej odrobinie nieprzewidywalności jest smak życia, którego, mimo wszystko, wciąż jesteśmy ciekawi.









