Zaczyna się zawsze tak samo. Jeszcze listopad, za oknem mokro, szaro, liście przyklejone do chodnika jak stare znaczki pocztowe, a ja sobie mówię: w tym roku spokojnie. Bez nerwów. Bez biegania. Bez tego „ojej, już?”. A potem przychodzi pierwszy telefon z pytaniem, czy będziemy „jak zawsze”, potem reklama w radiu, potem zapach pomarańczy w sklepie i nagle bach — jest grudzień, a portfel jakby lżejszy jeszcze zanim cokolwiek z niego wyjęto. Każdy to zna, prawda?
Planowanie wydatków na prezenty i święta… Brzmi rozsądnie, niemal księgowo. A przecież święta nie są księgowe. One są emocjonalne. One są o tym, że ktoś coś pamięta, że ktoś coś dał, nawet jeśli nie trzeba było. I właśnie dlatego tak łatwo popłynąć. Mówię to z doświadczenia, nie z poradnika. Z doświadczenia człowieka, który więcej niż raz w styczniu patrzył na wyciąg bankowy i myślał: no dobrze, było miło, ale czy aż tak?
Z wiekiem — i tu pozwolę sobie na małą dygresję — człowiek zaczyna inaczej patrzeć na pieniądze. Już nie chodzi o to, żeby było „ładnie pod choinką”, tylko żeby było spokojnie po Nowym Roku. Spokój, proszę państwa, to jest dziś luksus. Cichy poranek bez myśli, że coś trzeba pilnie opłacić. I dlatego planowanie, choć brzmi sucho, staje się aktem troski o samego siebie. Trochę jak zaparzenie herbaty zanim zacznie boleć gardło.
Zaczynam więc od kartki. Zwykłej, z szuflady w kuchni, tej obok gumek recepturek. Wypisuję nazwiska. Bez oceniania. Bez „ile wypada”. Po prostu: kto. A potem, obok, drobne kwoty. Realne. Takie, które nie sprawią, że ręka mi zadrży. I jeśli gdzieś pojawia się niepewność — to znak. Znak, że może mniej. Albo inaczej. Albo wcale, ale za to z telefonem, z rozmową, z obecnością. No bo jakże inaczej.
Święta to nie tylko prezenty. To jedzenie, którego zawsze jest za dużo. Zawsze. Nawet jeśli obiecujemy sobie, że tym razem skromniej. Sałatka „na wszelki wypadek”, sernik „bo może ktoś jeszcze wpadnie”, makowiec, bo przecież tradycja. A potem lodówka pęka w szwach, a my dojadamy przez trzy dni z lekkim poczuciem winy i ciężkością w brzuchu. Tu też można planować. Naprawdę można. Nie wszystko trzeba robić samemu, nie wszystko trzeba mieć naraz. Świat się nie zawali, jeśli zabraknie jednej potrawy. Serio.
Jest jeszcze ten cichy, rzadko wypowiadany lęk: a co, jeśli dam za mało? Jeśli ktoś pomyśli, że oszczędzam na nim, na niej. To dziwne, jak głęboko to siedzi. A przecież większość z nas, szczególnie po sześćdziesiątce, wie już, że przedmiot to tylko pretekst. Że liczy się ton głosu przy składaniu życzeń, to krótkie „jak się trzymasz?”, wypowiedziane naprawdę, a nie z obowiązku. I mimo to dalej się wahamy przy półce z cenami.
Bywa też tak, że planowanie wydatków odsłania coś więcej. Ktoś dzwoni rzadziej, ktoś inny częściej. Komu chcemy dać więcej, a komu tylko symbol. I to nie zawsze jest sprawiedliwe, ale jest ludzkie. Nie róbmy z tego rachunku sumienia. Święta nie są od rozliczeń, choć paradoksalnie właśnie wtedy najwięcej liczymy.
Na koniec, kiedy już kurz po świętach opadnie, choinka zacznie gubić igły (albo trzeba ją złożyć do pudełka, co samo w sobie jest małą próbą cierpliwości), warto usiąść na chwilę. Popatrzeć wstecz. Zapytać siebie: czy było warto? Czy było spokojnie? Jeśli odpowiedź brzmi „w miarę”, to znaczy, że było dobrze. Idealnie nie bywa nigdy. I całe szczęście. Bo gdyby było idealnie, nie byłoby o czym pisać, ani czego wspominać przy kolejnej herbacie, tej styczniowej, już bez pośpiechu.









