Z trawieniem to jest trochę jak z pogodą nad morzem – niby człowiek już wszystko widział, a jednak potrafi zaskoczyć. Pamiętam, jak kiedyś jadło się byle co, o dowolnej porze, i… nic. Cisza. Spokój. A dziś? Człowiek zje jedną kromkę chleba za dużo i już gdzieś w środku zaczyna się małe przedstawienie. Niby nic wielkiego, ale jednak – uwiera. I to dosłownie.
Nie lubię, kiedy się o tym mówi półgębkiem, jakby to był jakiś wstydliwy temat. Bo przecież to nie jest żadna filozofia, tylko zwykłe życie. Jelita pracują, albo czasem właśnie – nie pracują tak, jak byśmy chcieli. Z wiekiem wszystko zwalnia, to wiadomo. Serce bije trochę spokojniej, nogi idą wolniej, no to i brzuch ma swoje tempo. I nie ma co się na to obrażać.
Najczęściej zaczyna się niewinnie. Tu jakieś wzdęcie po kapuście, tam uczucie ciężkości po obiedzie. Człowiek machnie ręką – „przejdzie”. No i czasem przechodzi, a czasem nie. I wtedy zaczyna się kombinowanie. Jedni od razu sięgają po tabletki, inni – jak moja sąsiadka z trzeciego piętra – piją siemię lniane rano i wieczorem, krzywiąc się przy tym niemiłosiernie. Ale działa, mówi. I trudno jej nie wierzyć.
Ja sam długo udawałem, że temat mnie nie dotyczy. Do czasu. Bo jest taki moment, kiedy człowiek siada przy stole i zamiast cieszyć się jedzeniem, zaczyna kalkulować – co będzie potem. I to już nie jest przyjemne. Jedzenie powinno być przyjemnością, nawet jeśli skromne, nawet jeśli to tylko zupa z wczoraj. Zapach, para unosząca się znad talerza… każdy to zna, prawda?
Z czasem człowiek uczy się kilku rzeczy. Po pierwsze – regularność. Brzmi banalnie, aż głupio pisać, ale naprawdę działa. Organizm lubi, kiedy wie, co go czeka. Śniadanie o tej samej porze, obiad bez pośpiechu, kolacja raczej lekka. I nagle okazuje się, że brzuch mniej protestuje. Jakby się uspokoił. Może to kwestia przyzwyczajenia, a może po prostu dajemy mu trochę szacunku.
Druga sprawa to ruch. I nie mówię tu o żadnych wyczynach. Spacer. Zwykły, powolny spacer. Po osiedlu, do sklepu, nawet wokół bloku. Kiedyś wydawało mi się, że to nic nie daje. Ot, chodzenie dla chodzenia. A jednak – po takim spacerze wszystko w środku zaczyna się… układać. Dosłownie. Jakby ktoś delikatnie poustawiał klocki na właściwe miejsca.
No i jedzenie samo w sobie. Tu każdy ma swoje teorie, swoje „ja wiem lepiej”. Jedni unikają tłustego, inni mleka, jeszcze inni chleba. Prawda jest taka, że każdy brzuch jest trochę inny. Ja na przykład długo nie mogłem się pogodzić z tym, że moje ukochane pierogi wieczorem to już nie jest dobry pomysł. No nie jest. I koniec. Człowiek się buntuje, ale w końcu odpuszcza.
Czasem pomagają rzeczy proste aż do bólu. Ciepła herbata ziołowa, spokojne jedzenie bez telewizora, bez nerwów. Nawet sposób siedzenia przy stole ma znaczenie – nie na brzegu krzesła, w pośpiechu, tylko tak… normalnie. Jak człowiek. To niby drobiazgi, ale składają się na coś większego.
Zdarza się też, że trzeba sięgnąć po pomoc lekarza. I to nie jest żadna porażka. Wręcz przeciwnie. Lepiej sprawdzić, niż zgadywać. Bo czasem za tym całym „niestrawieniem” kryje się coś więcej. A my, jak to my, lubimy przeczekać. „Samo przejdzie”. No nie zawsze przechodzi.
Z wiekiem człowiek zaczyna rozumieć, że ciało to nie jest maszyna do ignorowania. Ono daje sygnały, czasem ciche, czasem aż za głośne. I dobrze by było ich słuchać, zanim zaczną krzyczeć. Bo potem już trudniej.
Na koniec powiem tak – nie da się całkiem uniknąć problemów z trawieniem. To część drogi, którą wszyscy idziemy. Ale można sprawić, żeby ta droga była trochę mniej wyboista. Trochę spokojniejsza. I żeby obiad znów był obiadem, a nie powodem do zmartwień.
A to, proszę mi wierzyć, naprawdę robi różnicę.









