Nie lubię badań. Powiem to od razu, bez kręcenia. Tych poczekalni z krzesłami, które zawsze są trochę za niskie, zapachu płynu do dezynfekcji, który wchodzi w ubranie i już z nim wraca do domu. Nie lubię też kartek z wynikami, bo człowiek patrzy i niby czyta, ale tak naprawdę czeka na jedno słowo: „w normie”. Albo na telefon. Albo na minę lekarza. A jednak chodzę. Chodzę, bo wiem, że trzeba. No bo jakże inaczej.
Kiedyś wydawało mi się, że badania profilaktyczne to sprawa dla hipochondryków albo dla ludzi, którzy „mają coś w rodzinie”. Teraz wiem, że to po prostu element życia, taki jak wymiana opon czy przegląd pieca. Tylko że my sami jesteśmy tym piecem. I o ile piec przestanie grzać, to człowiek zauważy od razu, o tyle z nami bywa podstępnie. Czasem boli, czasem nie boli, a bywa, że boli już za późno. Każdy to zna, prawda? Albo zna kogoś, kto zna.
Najprostsze badania są często najważniejsze. Krew, mocz, ciśnienie. Nuda. Żadnych fajerwerków. A jednak potrafią powiedzieć więcej niż długi wywiad. Hemoglobina, cukier, cholesterol — te słowa brzmią jak z instrukcji obsługi, ale to są sygnały. Nie wyrocznie, tylko sygnały. Coś jak kontrolka w samochodzie. Da się je zignorować, jasne. Tylko pytanie po co.
Z wiekiem dochodzą kolejne punkty na liście. USG, EKG, kolonoskopia — samo słowo już potrafi zepsuć dzień. I nie będę udawał, że to przyjemne. Nie jest. Ale zaskakujące, jak szybko człowiek zapomina o dyskomforcie, jeśli wynik jest dobry. A jeśli nie jest — to przynajmniej wiadomo, na czym się stoi. Niewiedza męczy bardziej, serio.
Są też badania, o których się mówi ciszej. Bo wstyd. Bo głupio. Bo „co ludzie powiedzą”. A ludzie i tak zawsze coś powiedzą. Prostata, piersi, ginekologia, gastrologia — tematy niewygodne, odkładane „na potem”. Tylko że potem ma to do siebie, że czasem nie przychodzi. I nie chodzi o straszenie. Chodzi o uczciwość wobec siebie. W tym wieku już możemy sobie na nią pozwolić.
Jest jeszcze jedna sprawa, o której rzadko się mówi: zmęczenie ciągłym „dbaniem o zdrowie”. Dieta taka, ćwiczenia inne, badania jeszcze inne. Człowiek czasem ma ochotę rzucić to wszystko w diabły i zjeść kiełbasę z musztardą bez wyrzutów sumienia. I wiecie co? Czasem trzeba. Profilaktyka to nie jest życie w karności wojskowej. To raczej pilnowanie, żeby mieć wybór. Żeby móc sobie pozwolić na tę kiełbasę, bo reszta jest pod kontrolą.
Pamiętam, jak lekarz rodzinny, taki zwykły, bez patosu, powiedział mi kiedyś: „ja pana nie leczę, ja panu daję czas”. Dziwne zdanie. A jednak zostało. Bo badania profilaktyczne nie są po to, żeby znaleźć chorobę. One są po to, żeby jej nie było. Albo żeby była mała, cicha, do ogarnięcia. To różnica, ogromna.
Zdarza się też, że badania wciągają bliskich. Ktoś przypomni, ktoś zapyta o wynik, ktoś powie: „to ja też pójdę”. I nagle z czegoś nieprzyjemnego robi się wspólna sprawa. Wymiana doświadczeń, porównywanie terminów, narzekanie na laboratoria. Brzmi śmiesznie, ale w tym jest jakaś solidarność. Taka cicha, bez wielkich słów.
Nie chodzi też o to, żeby żyć pod linijkę i ciągle się badać. Bez przesady. Chodzi o regularność. Raz w roku, raz na dwa lata. Z kalendarzem, z notatką na lodówce. Bez paniki. Tak jak się umawia wizytę u dentysty, chociaż nikt nie idzie tam z radością. A potem się wychodzi i myśli: no, przynajmniej to załatwione.
Na koniec powiem coś, co może zabrzmieć banalnie, ale trudno. Badania profilaktyczne to nie jest obsesja na punkcie zdrowia. To jest forma troski. O siebie, o bliskich, o to, żeby jeszcze trochę pochodzić, pojechać, posiedzieć na balkonie. Nie po to, żeby żyć wiecznie. Po to, żeby żyć spokojniej. A spokój, w tym wieku, jest naprawdę w cenie. I tego się trzymam.









