Kiedy byłem młodszy, witaminy kojarzyły mi się głównie z tranem. Stał w kuchennej szafce, pachniał okropnie i był podawany z miną mówiącą jasno: „to dla twojego dobra”. Potem na długo temat zniknął. Jadło się, co było, nikt nie liczył składników, nikt nie sprawdzał poziomów. A dziś? Dziś wchodzę do apteki i mam wrażenie, że to bardziej sklep spożywczy niż miejsce leczenia. Półki uginają się od kolorowych opakowań, a każde obiecuje coś innego. Zdrowie, energię, pamięć, kości czy serce jak dzwon.
W starszym wieku witaminy i suplementy wracają do życia trochę tylnymi drzwiami. Nagle lekarz pyta, czy bierzemy magnez. Ktoś znajomy mówi o witaminie B12. W telewizji reklama straszy zmęczeniem i „ukrytymi niedoborami”. Człowiek zaczyna się zastanawiać, czy to jeszcze troska o zdrowie, czy już lekka panika. I łatwo się w tym pogubić, bo każdy mówi coś innego, a organizm też potrafi wysyłać sprzeczne sygnały.
Nie ma co się oszukiwać: z wiekiem wchłanianie witamin bywa gorsze. Żołądek już nie ten, jelita kapryśne, leki robią swoje. Nawet jeśli jemy w miarę sensownie, coś może umykać. I tu suplementy mają swoje miejsce. Nie jako cudowny ratunek, tylko jako uzupełnienie. Słowo klucz: uzupełnienie. Bo żadna tabletka nie zastąpi normalnego posiłku, zapachu zupy, chrupnięcia jabłka. Każdy to zna, prawda?
Najczęściej mówi się o witaminie D. Słońca mało, wychodzimy rzadziej, a kości i mięśnie bez niej zaczynają protestować. Wiele osób łyka ją dziś niemal odruchowo, jakby była nową kawą. I dobrze, pod warunkiem że z głową. Bo suplementy to nie cukierki. Dawka ma znaczenie, regularność ma znaczenie, a rozmowa z lekarzem też by się przydała, choć wiem — nie zawsze się chce.
Są też witaminy z grupy B, ważne dla nerwów, pamięci, koncentracji. Ile razy słyszałem: „coś mi się ostatnio wszystko myli”. No cóż, pamięć lubi wsparcie, ale nie lubi cudów. Tabletka pomoże tylko trochę, reszta to sen, ruch, rozmowa, czytanie. Suplement bez zmiany codzienności działa jak plaster na dziurawy dach. Na chwilę, potem znowu kapie.
Osobna sprawa to minerały. Magnez, wapń, potas. Brzmią technicznie, ale ich brak czuć w ciele bardzo konkretnie. Skurcze, zmęczenie, kołatanie serca. Znam ludzi, którzy łykają wszystko naraz, „na wszelki wypadek”. A potem dziwią się, że żołądek buntuje się jak rozkapryszony kot. Suplementacja wymaga umiaru, a umiar — uwagi. I tu wracamy do punktu wyjścia: do słuchania siebie.
Warto też powiedzieć jasno: nie każdy suplement jest potrzebny każdemu. To, że coś pomogło sąsiadowi, nie znaczy, że pomoże nam. Metryka podobna, ale organizmy różne. Moda na suplementy bywa zdradliwa, bo obiecuje prostą drogę. A zdrowie, zwłaszcza w starszym wieku, prostych dróg raczej nie uznaje.
Jedzenie nadal jest podstawą. Zupa, kasza, warzywa, ryba, nabiał — to banały, ale banały sprawdzone. Suplementy mają sens wtedy, kiedy są dodatkiem do tej codzienności, a nie jej zastępstwem. Inaczej zaczynamy żyć od tabletki do tabletki, a to nie jest ani zdrowe, ani przyjemne.
Na koniec powiem coś, co może nie brzmi odkrywczo, ale warto to powtarzać. Witaminy i suplementy to narzędzia. Dobre, pomocne, czasem konieczne. Ale narzędzie samo nie wykona pracy. Reszta zależy od nas: od tego, co jemy, jak się ruszamy, czy wychodzimy z domu, czy mamy z kim porozmawiać. Zdrowie nie bierze się z pudełka. Ono się składa z małych rzeczy, dzień po dniu. I jeśli suplement może w tym pomóc — dobrze. Byle nie zapomnieć, że to tylko część całości.









