Nie pamiętam dokładnie, kiedy po raz pierwszy pomyślałem, że z tą cierpliwością to u mnie krucho. To nie było jedno wydarzenie, raczej seria drobiazgów, takich niepozornych. Garnek wykipiał, bo zadzwonił telefon. Pilot od telewizora zniknął, chociaż przecież „zawsze leży tu”. A potem jeszcze ten moment, kiedy człowiek staje w kuchni, patrzy na zegar i czuje, że się spieszy, tylko… dokąd właściwie? I po co. No właśnie.
Cierpliwość kiedyś była prostsza, albo tak mi się dziś wydaje. Świat nie pędził jak wózek sklepowy z urwanym kółkiem, który ciągnie w bok. Rzeczy działy się wolniej, a my razem z nimi. Teraz wszystko brzęczy, pika, przypomina. Nawet zegarek potrafi człowieka poganiać. A my się dajemy. Choć niby wiemy, że po siedemdziesiątce to już naprawdę nie trzeba się aż tak spieszyć.
Ćwiczenie cierpliwości zaczynam od rana, chociaż nie planuję tego wcale. Wstaję, kawa kapie wolno, zbyt wolno, ale nie poprawiam jej losu. Siedzę przy stole, słucham jak lodówka mruczy, a za oknem ktoś trzepie dywan. Zapach kawy miesza się z chłodnym powietrzem. I już. To jest ten moment. Jeśli go nie pogonię, dzień jakoś się układa. Jeśli pogonię – cały się rozłazi.
Najczęściej testem jest kolejka. Zawsze była, ale teraz jakby dłuższa. Ktoś się myli, ktoś czegoś szuka, ktoś opowiada kasjerce pół życia. Dawniej bym prychnął w duchu. Dziś próbuję stać i oddychać. Liczyć kafelki na podłodze. Patrzeć na ręce ludzi. Stare dłonie mówią więcej niż słowa. Czasem się udaje, czasem nie. Bywa, że nerw mnie chwyta, jak dawniej. I trudno. Nie każda próba musi być zaliczona.
W domu cierpliwość sprawdza się przy rzeczach drobnych. Przy składaniu rachunków, przy wymianie żarówki, przy rozmowach, które trwają za długo albo za krótko. Kiedy coś nie wychodzi, odkładam to na później. To „później” kiedyś było porażką. Teraz jest strategią. Bo wiem, że wrócę. Albo nie wrócę wcale i świat też to przeżyje.
Najtrudniej ćwiczyć cierpliwość wobec ludzi bliskich. Bo znamy ich na pamięć i wydaje nam się, że już wszystko o nich wiemy. A oni nas potrafią zaskoczyć, czasem nieprzyjemnie. Uczę się słuchać do końca. Nawet jeśli zdanie skręca w trzecią dygresję. Nawet jeśli już wiem, co padnie na końcu. Każdy chce być wysłuchany, a my też przecież chcemy. To działa w obie strony, choć nie zawsze równo.
Cierpliwość przychodzi falami. Są dni, gdy mam jej zapas, jak cukru w kredensie. A są takie, gdy nie ma jej wcale i wtedy lepiej nie zaczynać rozmów ani napraw. Wtedy robię minimum. Zmywam kubek, otwieram okno, patrzę. Pozwalam sobie na gorszy dzień, bo one też są częścią ćwiczeń, chociaż nikt o tym nie mówi głośno.
Czasem myślę, że cierpliwość to po prostu zgoda na niedoskonałość. Na własną i cudzą. Na to, że coś trwa, że coś się ślimaczy, że nie wszystko musi mieć sens od razu. To trudne, zwłaszcza kiedy całe życie uczono nas, że trzeba być sprawnym, szybkim, konkretnym. A teraz nagle inaczej. Ciało już wie, głowa jeszcze się buntuje.
Na koniec powiem to, co sam sobie powtarzam. Cierpliwość nie robi z nas świętych ani mędrców. Robi z nas ludzi, którzy trochę rzadziej krzyczą w myślach. Codzienne ćwiczenia są nudne, czasem bez efektu, czasem z opóźnieniem. Ale po latach widać, że to one pozwalają spokojniej siedzieć przy stole, spokojniej stać w kolejce i spokojniej patrzeć w lustro. A to już całkiem sporo.









