Są takie rzeczy, które wracają do człowieka cicho. Bez zapowiedzi, bez wielkich planów. Nagle bierzesz do ręki igłę — nie wiadomo skąd się wzięła w tej szufladzie, między starymi guzikami a rachunkiem za prąd sprzed trzech lat — i coś się uruchamia. Palce pamiętają więcej niż głowa. To trochę niepokojące, a trochę… pocieszające.
Ja długo myślałem, że to wszystko, te robótki, szycie, takie dłubanie przy drobiazgach, to raczej przeszłość. Coś, co zostało przy naszych matkach, babkach. One miały czas — tak się mówiło. Teraz niby czasu mniej, choć jak się człowiek przyjrzy, ile godzin przecieka przez palce na rzeczy zupełnie niepotrzebne… no ale dobrze, nie będę moralizował, sam nie jestem lepszy.
Pamiętam zapach wełny. Taki lekko wilgotny, trochę jakby piwniczny, kiedy się wyciągało motki z kartonu. I ten dźwięk drutów — ciche stuk, stuk, jak zegar, który nie spieszy się nigdzie. Moja matka robiła na drutach wieczorami, przy lampie, która zawsze była trochę za słaba. I ja, dzieciak, patrzyłem, jak z niczego powstaje coś. To chyba pierwszy raz, kiedy zobaczyłem, że ręce mogą tworzyć. Nie tylko brać, ale robić.
I teraz, po latach, widzę, że to wraca. Może nie dokładnie tak samo, może trochę inaczej, bardziej nieporadnie. Ktoś zaczyna haftować, ktoś szyje torbę z kawałka starej zasłony, ktoś inny skleja model samolotu i nagle spędza przy nim pół dnia, nie wiedząc kiedy minęło. Każdy to zna, prawda? Ten moment, kiedy człowiek się zapomina.
Nie chodzi nawet o efekt. O to, czy coś wyjdzie równo, czy się nie pruje, nie rozchodzi. Bo będzie się pruło. Będzie się rozchodzić. Nitka się skończy w połowie, igła spadnie na podłogę i zniknie — zawsze znikają, jakby miały własne życie. I człowiek się zirytuje, odłoży, wróci. Albo nie wróci od razu.
Z rękodziełem jest coś takiego, że ono uczy cierpliwości, ale nie tej książkowej. Takiej zwykłej, trochę zgrzytającej. Bo przecież chce się szybciej, lepiej, ładniej. A tu nie. Trzeba powoli. Oczko po oczku. Ścieg po ściegu. I nagle się okazuje, że to tempo — wolniejsze — zaczyna pasować. Że człowiekowi już nie przeszkadza, że coś trwa.
Kiedyś rozmawiałem z pewną panią, starszą ode mnie, która szyła całe życie. Powiedziała mi coś, co zostało — że szycie to trochę jak rozmowa z materiałem. Brzmi dziwnie, wiem. Ale coś w tym jest. Tkanina się układa albo nie, ciągnie w jedną stronę, marszczy się. Trzeba ją „wyczuć”. Jak człowieka. Jak sytuację. Nie wszystko da się zrobić siłą.
A przecież nie chodzi tylko o szycie czy druty. Ręce mają więcej możliwości. Drewno, papier, nawet zwykła plastelina, choć kto by pomyślał. Albo naprawianie rzeczy — to też jest jakaś forma tworzenia. Przykręcić coś, skleić, dopasować. Z rzeczy zużytej zrobić coś, co jeszcze chwilę posłuży. To ma w sobie sens, taki prosty, nieprzesadzony.
Zauważyłem też, że kiedy człowiek coś robi rękami, to głowa odpoczywa inaczej niż przy telewizorze. Ciszej. Myśli się układają, choć nie zawsze od razu wiadomo jak. Czasem coś się przypomni, czasem coś puści. I nagle robi się miejsce na nowe. Albo po prostu robi się trochę lżej.
Nie twierdzę, że każdy musi teraz rzucić się na robótki, kupować włóczki, maszyny do szycia i nie wiadomo co jeszcze. Spokojnie. Może wystarczy zacząć od czegoś małego. Przyszyć guzik samemu, zamiast odkładać to „na potem”. Spróbować naprawić starą torbę. Albo zrobić coś zupełnie bez sensu — kawałek materiału zszyć z drugim kawałkiem, zobaczyć co wyjdzie.
Bo tu chyba chodzi o to, żeby ręce nie zapomniały. Żeby nie były tylko od trzymania pilota albo telefonu. One potrafią więcej. Tylko trzeba im pozwolić, nawet jeśli na początku wyjdzie krzywo, trochę śmiesznie. No i co z tego.
Na koniec powiem tak — rękodzieło nie zmieni świata. Ale może zmienić dzień. A czasem dzień to już całkiem sporo. I może, przy okazji, przypomni człowiekowi, że coś jeszcze potrafi. Tak po prostu, bez wielkich słów.









