Zawsze mnie to trochę śmieszyło, kiedy ktoś mówił: „ja to nie mam talentu”. Mówił i od razu zamykał temat, jakby właśnie zatrzasnął okno przed przeciągiem. A przecież talent to słowo podejrzane. Za duże, za wygodne. Ja sam przez pół życia uważałem, że rysowanie to nie dla mnie. Bo ręka krzywa, bo perspektywa ucieka, bo w szkole pani od plastyki patrzyła tak, że człowiekowi ołówki miękły w palcach. I dopiero teraz, po latach, kiedy już nic nie muszę, nic nie zdążę i nikt mi nie stawia ocen — dopiero teraz przyszła myśl: a może jednak.
Zaczęło się niewinnie. Kartka z bloku technicznego, taka zwykła, kupiona wnukowi, została na stole. Ołówek też. Siadłem wieczorem, herbata wystygła, radio grało coś starego, i tak sobie bez planu narysowałem kubek. Krzywy był. Za wysoki. Ucho nie tam, gdzie trzeba. Ale był mój. I co ciekawe — nie wyrzuciłem go od razu. Leżał. Leżał kilka dni. Patrzyłem na niego jak na coś, co się wydarzyło, a nie wyszło.
Rysunek i malarstwo po latach mają tę przewagę, że już nie trzeba nikomu nic udowadniać. Nie będzie wystawy w Paryżu, raczej nie. Nie będzie nagrody. Ale też nie ma presji. Można narysować jabłko trzy razy i za każdym razem inaczej. Można malować akwarelą, która się rozlewa, chociaż miało być równo. No i się rozlewa. Trudno. Woda robi swoje, jak chce. Trochę jak życie, prawda?
Zauważyłem, że ręka po jakimś czasie zaczyna się uspokajać. Najpierw drży, potem drży mniej. Głowa przestaje komentować: „bez sensu”, „po co ci to”, „co ty robisz”. Cisza się robi. I to jest chyba najważniejsze. Ta cisza. Słychać tylko skrobanie ołówka, czasem sąsiad z góry coś przesuwa, czasem zegar tyknie. I nagle mija godzina. Dwie. Bez telefonu, bez wiadomości. Każdy to zna, ale rzadko sobie na to pozwala.
Malowanie przyszło później. Farby pachną inaczej niż pamiętałem. Olejne za mocno, akryle zbyt nowoczesne, akwarele… no, akwarele są jak humor — nigdy nie wiadomo. Kolor wyjdzie inny, niż był w głowie. I dobrze. Bo po latach człowiek wreszcie godzi się z tym, że głowa i ręka to dwa różne byty. I nie muszą się zgadzać.
Bywa też tak, że coś nagle nie wyjdzie kompletnie. Kartka się zmarszczy, farba zrobi plamę, kreska poleci za daleko. Kiedyś bym to zgniótł i wyrzucił. Teraz odkładam na bok. Czasem po tygodniu spojrzę i myślę: nie takie złe. A czasem jednak złe. Ale nawet to złe ma w sobie ślad czasu, tej chwili, tego dnia. Jak zdjęcie nieudane, ale własne.
Czasem ktoś zapyta: „po co ci to?”. I ja nie bardzo wiem, co odpowiedzieć. Że mi lepiej? Że łatwiej zasnąć? Że mniej się człowiek spieszy? Brzmi jak broszura z sanatorium. A chodzi o coś prostszego. O to, że kiedy rysuję, nie myślę, ile mi jeszcze zostało. Myślę tylko, czy cień powinien być ciemniejszy. Albo czy ten niebieski nie gryzie się z zielonym. Małe sprawy. Bardzo małe. Ale swoje.
Zauważyłem też, że rysowanie jakoś porządkuje dzień. Nie cały, nie przesadzajmy. Ale daje punkt. Coś jak obiad o stałej porze. Człowiek wie, że wieczorem usiądzie, nawet na kwadrans. Otworzy szkicownik, popatrzy. Czasem nic nie zrobi. Też w porządku. Siedzenie nad pustą kartką to też jest zajęcie. Nikt nie goni.
Nie trzeba zaczynać od wielkich tematów. Portret? Po co. Martwa natura wystarczy. Kubek, jabłko, stary klucz. Balkon, widok z okna, nawet jeśli to parking. Rysunek nie ocenia. Nie przypomina, ile masz lat. Farba nie pyta o przeszłość. Leży na papierze i czeka. Trochę cierpliwie, trochę obojętnie.
Na koniec powiem tak: czy warto spróbować po latach? Jeśli ktoś pyta, to chyba już zna odpowiedź. Warto nie dlatego, że coś wyjdzie. Warto dlatego, że przez chwilę robi się cicho. A w tym wieku cisza bywa luksusem. I nawet jeśli obraz wyląduje w szufladzie, a kartka się pogięła — to nic. Naprawdę nic. Bo ręka pamięta, że jeszcze może. A to już sporo.









