Szukaj

Sposoby na długie jesienne wieczory

Sposoby na długie jesienne wieczory2

Jesień zawsze przychodzi trochę za wcześnie. Niby człowiek wie, że po lecie coś musi nastąpić, ale i tak zaskakuje ten moment, kiedy nagle o siedemnastej robi się ciemno jak w kieszeni starego płaszcza. I wtedy zaczyna się ten czas — wieczory, które się dłużą, przeciągają, rozciągają jak stara guma od majtek. Siedzi się przy oknie, patrzy na mokry chodnik i człowiek myśli: no dobrze, i co teraz?

Pamiętam, jak kiedyś jesień oznaczała konkret: ziemniaki do piwnicy, kapusta do kiszenia, radio grało gdzieś w tle i nie było czasu się zastanawiać, czy wieczór jest długi. Był, jaki był. A dziś… dziś człowiek ma czas. Za dużo czasem.

I właśnie z tym czasem trzeba się jakoś ułożyć, nie? Bo inaczej zaczyna człowieka uwierać jak kamyk w bucie.

Najprostsze rzeczy wracają wtedy jak stare znajome. Herbata. Zwykła, czarna, w grubym kubku, najlepiej takim trochę wyszczerbionym — bo jakoś lepiej smakuje. Paruje, pachnie, człowiek siedzi i słucha, jak coś stuka w kaloryferze. I to już jest coś. Serio. Nie trzeba od razu cudów.

Czasem włączam radio, takie prawdziwe, nie z telefonu. Szumy, trzaski, głosy jakby z innego świata. Ktoś opowiada o pogodzie, ktoś o polityce — człowiek słucha jednym uchem, drugim myśli o czymś zupełnie innym. O tym, co było. Albo o tym, co już raczej nie będzie, ale przecież… każdy to zna, prawda?

A innym razem — książka. Tylko nie taka, co trzeba się do niej zmuszać. Żadnych ambitnych planów. Bierze się coś, co po prostu dobrze się czyta. I nawet jak się przysypia po kilku stronach, to też w porządku. Książka poczeka. One mają cierpliwość większą niż ludzie.

Zresztą, powiem szczerze, ja czasem nie czytam wcale. Siedzę i patrzę. Na nic konkretnego. Na ścianę, na zasłonę, na lampę. Myśli sobie chodzą jak chcą. Trochę bez sensu, trochę kręcą się w kółko. I nagle — nie wiadomo skąd — przypomina się zapach zupy z dzieciństwa albo dźwięk trzaskającego śniegu pod butami. Jesień tak robi, wyciąga z człowieka różne rzeczy. Nie zawsze wygodne.

No i są jeszcze ręce. Ręce nie lubią bezczynności. Jedni robią na drutach, inni składają jakieś modele, a jeszcze inni — jak mój sąsiad — rozkręcają stare radia, choć nie zawsze udaje się je potem złożyć. Ale coś w tym jest, że jak ręce pracują, to głowa trochę odpoczywa.

A kuchnia? No właśnie. Jesień pachnie kuchnią. Cebula na maśle, jabłka z cynamonem, coś bulgocze w garnku. Człowiek niby gotuje, ale tak naprawdę ogrzewa sobie dzień. Bo to nie tylko jedzenie, to taki mały rytuał. Trochę hałasu, trochę pary, trochę sensu w tym wszystkim.

Czasem ktoś zadzwoni. Albo się samemu zadzwoni — choć nie zawsze się chce, wiadomo. Ale potem rozmowa się toczy, czasem o niczym, czasem o wszystkim naraz, i nagle ten wieczór już nie jest taki długi. Jakby się skrócił. Dziwna rzecz.

Zdarza mi się też wyjść. Krótki spacer, bez celu. Latarnie, wilgoć, liście pod butami. Trochę zimno, trochę przyjemnie. Człowiek wraca i ma wrażenie, że coś zrobił, choć właściwie nie wiadomo co.

I tak to się jakoś układa. Te wieczory. Nie spektakularnie, nie z rozmachem, tylko po kawałku. Trochę herbaty, trochę ciszy, trochę wspomnień. Może nawet trochę nudy — ale takiej spokojnej, nie tej nerwowej.

Bo chyba o to chodzi, żeby się z tą jesienią nie szarpać. Nie próbować jej przegonić ani poprawić na siłę. Ona jest jaka jest. Długa, ciemna, czasem trochę przytłaczająca.

Ale też — i to przychodzi mi dopiero teraz, po latach — daje coś, czego latem nie ma. Przestrzeń. Na myśli, na wspomnienia, na zwykłe bycie.

I może to wystarczy. Nawet jeśli człowiek czasem westchnie i powie pod nosem: „no dobrze, jeszcze jeden wieczór”.

Obrazek na Freepik