Szukaj

Zakupy z głową – jak unikać zbędnych wydatków?

Zakupy z głową – jak unikać zbędnych wydatków2

Nie pamiętam już, po co wyszedłem wtedy do sklepu. Chyba po chleb. Albo po mleko. Wróciłem z chlebem, owszem, ale też z nową patelnią, trzema jogurtami „limitowana edycja” i jakimś środkiem do czyszczenia łazienki, który podobno „sam pracuje”. Sam, jasne. Stał potem miesiąc pod zlewem i pracował w ciszy. Każdy to zna, prawda? I wtedy, już w domu, gdy reklamówka szeleściła jak wyrzut sumienia, pomyślałem: no dobrze, chłopie, czas się nauczyć kupować z głową. Albo przynajmniej próbować.

Bo zakupy to dziś nie jest prosta sprawa. Kiedyś wchodziło się do sklepu, był ser, masło, cukier i koniec filozofii. Teraz wszystko krzyczy. Napisy, kolory, promocje, strzałki, „tylko dziś”, „drugi gratis”, „okazja życia”. A my już nie tacy szybcy jak kiedyś, wzrok czasem ucieka, myśl też. I zanim się człowiek zorientuje, koszyk pełny, a portfel jakby lżejszy niż powinien. I nie wiadomo właściwie dlaczego.

Ja zacząłem od rzeczy najprostszej, choć wcale niełatwej. Od listy. Kartka wyrwana z zeszytu, długopis, który ledwo pisze. Spisuję, co naprawdę jest potrzebne. Chleb. Masło. Jajka. Koniec. I ta kartka to jest mój punkt odniesienia, moja kotwica. Oczywiście, czasem zdradzam. Czasem skuszę się na śliwki, bo ładnie pachną i przypominają ogród dziadka. Ale przynajmniej wiem, że to zdrada, a nie przypadek.

Dużo robi tempo. Albo raczej jego brak. Nie biegam po sklepie. Idę wolno, nawet jeśli ktoś za mną sapie. Czytam ceny. Patrzę na półkę dolną, nie tę na wysokości oczu. To stara sztuczka, ale działa. Na dole często taniej, bez fajerwerków. Produkt bez uśmiechniętej krowy, bez złotych liter. Zwykły. I zwykły jest w porządku. Zwykły znaczy uczciwy.

Promocje? O tak, temat rzeka. Kiedyś myślałem, że promocja to oszczędność. Teraz wiem, że to zaproszenie. Czasem grzeczne, czasem nachalne. „Kup trzy, zapłać mniej”. Tylko że ja potrzebuję jednego. Jednego jogurtu, jednego płynu, jednego mydła. Reszta to zapas, który potem zalega, psuje się albo po prostu znika w czeluściach szafki. A pieniądz już poszedł. I nie wróci, choćby nie wiem jak ładnie było napisane „okazja”.

Z wiekiem nauczyłem się też nie chodzić do sklepu głodnym. To banał, wiem, ale jakże prawdziwy. Głodny człowiek kupuje rzeczy, których nie rozumie. Batony, bułki, dziwne przekąski „na spróbowanie”. A potem siedzi w domu, chrupie i myśli: po co mi to było? Lepiej zjeść kromkę chleba z serem, napić się herbaty i dopiero wtedy wyjść. Świat od razu wygląda taniej.

Unikam też wielkich sklepów, gdy mogę. Za duże, za głośne, za jasne. Tam łatwo się zgubić. Wolę mały sklepik na rogu, gdzie pani zna mnie z widzenia i nie próbuje sprzedać mi wszystkiego naraz. Czasem drożej, fakt. Ale przynajmniej wiem, co kupuję. I wychodzę z jedną torbą, nie z dwiema. Kręgosłup dziękuje.

Są też zakupy emocjonalne. O nich rzadko się mówi, a one kosztują najwięcej. Kupujemy, bo smutno. Bo pusto w domu. Bo dzień był ciężki. Nowy sweter, nowa filiżanka, nowa „drobnostka”. I przez chwilę jest lepiej. A potem znowu zwyczajnie. Staram się wtedy odłożyć decyzję. Powiedzieć sobie: jutro. Jeśli jutro dalej będę chciał, trudno. Ale często jutro już nie chce się wcale.

Na koniec, bo trzeba jakoś zamknąć ten rozbiegany temat. Zakupy z głową to nie jest skąpstwo. To uważność. Taka cicha, bez fanfar. To umiejętność powiedzenia „wystarczy”. I sobie, i półce sklepowej. Nie zawsze się udaje, mnie też nie. Ale za każdym razem, gdy wracam do domu z tym, po co wyszedłem — tylko z tym — czuję coś w rodzaju małej wygranej. I to jest warte więcej niż druga patelnia. Naprawdę.

Obraz autorstwa pressfoto na Freepik