Szukaj

Zespół metaboliczny – jak go unikać?

Zespół metaboliczny – jak go unikać2

Pierwszy raz usłyszałem to określenie w poczekalni przychodni. Zespół metaboliczny. Brzmiało jak nazwa, nie wiem, zespołu rockowego z lat osiemdziesiątych albo jakiegoś skomplikowanego mechanizmu w silniku. A to przecież o mnie. O nas. O brzuchu, który pojawił się nie wiadomo kiedy, o ciśnieniu, co raz jest grzeczne, raz nie, o cukrze, który „na granicy”. Lekarka mówiła spokojnie, rzeczowo, a ja patrzyłem na plakat z piramidą żywienia, lekko już wyblakły. Pomyślałem wtedy: no dobrze, to teraz trzeba się z tym jakoś dogadać.

Dopiero w domu, już po wizycie, zacząłem sprawdzać, co to właściwie znaczy ten cały zespół metaboliczny, bo w gabinecie człowiek kiwa głową, a myśli uciekają do butów, do pogody, do tego, czy zdąży na autobus. Otworzyłem starą teczkę z wynikami, potem komputer, który długo się włącza, jakby sam się zastanawiał, czy warto. Czytałem powoli: o obwodzie w pasie, o cukrze, o tłuszczach we krwi, o ciśnieniu. Niby wszystko osobno znane, a tu nagle razem, w jednym zdaniu, jakby ktoś zebrał moje drobne grzeszki w jeden worek. I wtedy dotarło — to nie jedna choroba, tylko sygnał, że organizm mówi „uważaj”, trochę ciszej niż ból, ale wyraźniej niż kiedyś. I siedziałem tak chwilę przy stole, kartki szumiały, czajnik znowu zagwizdał, a ja pomyślałem, że dobrze wiedzieć, z czym się ma do czynienia, bo strach zawsze jest mniejszy, gdy ma imię.

Bo zespół metaboliczny nie przychodzi nagle. On się wkrada. Po cichu. Najpierw człowiek mniej się rusza, bo kolano, bo pogoda, bo po co. Potem je trochę inaczej, trochę szybciej, trochę byle jak. Kanapka przy stole, kanapka nad zlewem, kanapka „na szybko”. Każdy to zna. A potem nagle spodnie cisną, pasek wędruje o dziurkę dalej, a wyniki badań zaczynają wyglądać jakby ktoś je pisał drżącą ręką.

Nie jestem lekarzem, daleko mi do tego. Jestem raczej typem, który wszystko sprawdza na sobie. Metodą prób, błędów i westchnień. I powiem jedno: unikanie zespołu metabolicznego to nie jest żadna rewolucja. To jest raczej seria drobnych korekt, takich niepozornych, że aż człowiek się dziwi, że działają. Albo że w ogóle chce mu się je robić.

Zacznijmy od jedzenia, bo tu zawsze zaczynamy. Nie od diet cud, nie od liczenia kalorii co do ziarenka ryżu. Od regularności. Od tego, żeby usiąść. Naprawdę usiąść. Talerz, widelec, cisza. Żeby poczuć smak. Zauważyć, że pomidor pachnie pomidorem, a chleb jest świeży. Ja wiem, brzmi banalnie, ale odkąd jem wolniej, jem mniej. Samo się dzieje. Żołądek nadąża za głową. Albo odwrotnie.

Słodkie? Lubię. Zawsze lubiłem. I nie będę udawał, że jest inaczej. Ale zamiast codziennie, jest od święta. Albo w niedzielę. Albo gdy przyjdą wnuki i ktoś przyniesie sernik, no bo jakże inaczej. Chodzi o proporcje, nie o ascezę. Organizm po sześćdziesiątce nie lubi skrajności. On chce spokoju.

Ruch to kolejny temat, od którego nie da się uciec. I nie, nie mówię o siłowni. Mówię o spacerze. O wyjściu z domu, nawet gdy się nie chce. Nawet gdy zimno, nawet gdy pada taki drobny, złośliwy deszcz. Dziesięć minut, potem piętnaście. Krok za krokiem. Czasem wracam zmęczony, ale z jakąś dziwną ulgą w środku. Jakby ciało mówiło: dzięki, że o mnie pamiętasz.

Ciśnienie, cukier, cholesterol — te słowa zaczynają się przewijać w rozmowach częściej niż kiedyś nazwiska piłkarzy. I dobrze. Bo im szybciej się nimi zainteresujemy, tym mniej będą nas straszyć. Badania raz w roku to nie fanaberia. To taka rozmowa z własnym organizmem. Czasem szczera, czasem niewygodna, ale potrzebna.

Jest jeszcze stres. O nim mówi się najmniej, a robi najwięcej szkód. Nerwy, zamartwianie się, ciągłe „co będzie”. Nie zawsze da się to wyłączyć, wiem. Ale można ograniczyć. Mniej wiadomości, więcej ciszy. Mniej porównań, więcej własnego rytmu. Ja wieczorem wyłączam radio wcześniej niż kiedyś. Siedzę chwilę w kuchni, słucham lodówki. Tak, lodówki. I jakoś świat się wtedy porządkuje.

Na koniec powiem tak: zespół metaboliczny to nie wyrok. To ostrzeżenie. Żółta kartka, nie czerwona. Jeszcze można zwolnić, skręcić, poprawić kurs. Bez heroizmu, bez presji. Po swojemu. Małymi krokami, które z czasem robią się całkiem solidną drogą. I jeśli coś z tego tekstu zostanie w głowie — to dobrze. Jeśli nie, trudno. Ważne, żeby zostało w ciele. Choć trochę.

Obraz autorstwa krakenimages.com na Freepik