Słowo „samodyscyplina” brzmi poważnie, nawet trochę wojskowo. Kojarzy się z gwizdkiem, regulaminem, z kimś, kto stoi nad głową i mówi, co robić. A ja, im jestem starszy, tym mniej lubię, kiedy ktoś mi mówi. Może dlatego długo się przed tym słowem broniłem. Aż któregoś ranka, zwyczajnego, z herbatą, która znowu wyszła za słaba, zrozumiałem, że samodyscyplina to nie jest żaden bat. To raczej poręcz przy schodach. Niby można bez, ale po co ryzykować.
Codzienność seniora składa się z drobiazgów. Godzina wstawania, tabletki, spacer albo jego brak, telefon do kogoś, który znowu odkładamy „na jutro”. I właśnie w tych drobiazgach samodyscyplina siedzi najgłębiej. Nie w wielkich postanowieniach noworocznych, tylko w tym, czy naprawdę wyjdę dziś na te dwadzieścia minut, mimo że kolano ćmi, a w windzie znów spotkam sąsiadkę, która zawsze chce opowiadać o chorobach. Każdy to zna, prawda?
Z wiekiem wolność smakuje inaczej. Kiedyś była ucieczką — od pracy, od obowiązków, od cudzych oczekiwań. Teraz bywa pułapką. „Nie muszę” łatwo zamienia się w „nie chce mi się”, a stąd już blisko do dnia, który przecieka przez palce. Samodyscyplina wcale tej wolności nie zabiera. Ona ją porządkuje. Jak szufladę, do której wcześniej wszystko wrzucaliśmy byle jak, a potem niczego nie można było znaleźć, tylko irytację.
Zauważyłem to przy jedzeniu. Niby wiem, co mi szkodzi, niby lekarz mówił wyraźnie, nawet dwa razy powtórzył. A jednak kromka więcej, kawałek ciasta, bo został, bo szkoda wyrzucić. Samodyscyplina to moment, kiedy mówisz sobie: stop. Bez dramatu. Bez wyrzutów sumienia. Po prostu stop. I to nie jest łatwe, nie oszukujmy się. Ale po tygodniu, dwóch, ciało zaczyna dziękować. Cicho, bez fanfar, za to konsekwentnie. Inaczej się śpi, inaczej się oddycha.
Jest też samodyscyplina w myśleniu. W tym, żeby nie nakręcać się od rana wiadomościami, nie karmić lęku, który i tak czai się gdzieś pod skórą. Zamiast tego — książka, radio grające za głośno, krzyżówka, która wkurza, bo znowu nie pamiętam stolicy. To też wybór. Codzienny. I wcale nie oczywisty. Łatwiej kliknąć, przeczytać, zdenerwować się, powiedzieć: „do czego to doszło”.
Samodyscyplina dotyczy też relacji, choć rzadko się o tym mówi. Tego, żeby nie zamykać się całkiem w swoim mieszkaniu, nawet jeśli cisza kusi. Żeby czasem wyjść do ludzi, albo chociaż zadzwonić. Nie wtedy, kiedy już bardzo źle, tylko wcześniej. Trochę na zapas. To wymaga wysiłku, jasne. Ale samotność też kosztuje, tylko rachunek przychodzi później.
Zdarza się, że samodyscyplina myli się z surowością wobec siebie. A to błąd. Tu nie chodzi o to, żeby się karać za każde odstępstwo. Czasem dzień jest stracony i już. Leżysz, patrzysz w sufit, myśli krążą jak muchy. I trudno. Następnego dnia można spróbować od nowa. Samodyscyplina to nie księgowość, gdzie wszystko musi się zgadzać co do grosza.
Nie chodzi też o to, żeby sobie życie utrudniać. Wręcz przeciwnie. Samodyscyplina, paradoksalnie, życie ułatwia. Daje rytm. A rytm, w pewnym wieku, jest jak dobry zegar w kuchni — tyka, przypomina, że czas płynie, ale nie straszy. Wstajesz o podobnej porze, jesz mniej więcej regularnie, masz swoje małe rytuały. Bez nich dzień się rozłazi, jak stary sweter.
Bywają dni, kiedy wszystko bierze w łeb. Kiedy nie chce się nic. I wtedy też samodyscyplina ma sens, choćby w wersji minimalnej. Umyć kubek. Otworzyć okno. Zadzwonić do jednego człowieka, nie do wszystkich. Nie trzeba być bohaterem. Wystarczy być obecnym. To naprawdę wystarczy, choć brzmi skromnie.
Na koniec powiem tak, trochę po cichu: samodyscyplina to forma troski o siebie. Nie surowej, nie bezlitosnej, tylko takiej zwyczajnej. Jak narzucenie swetra, kiedy wieje. Nikt nie klaszcze, nikt nie dziękuje. Ale jest cieplej. A w codziennym życiu seniora o to właśnie chodzi — żeby było cieplej, spokojniej i trochę pewniej. Reszta przychodzi sama, albo nie przychodzi wcale. I też dobrze.









