Szukaj

Zwierzęta domowe a zdrowie psychiczne seniorów

Zwierzęta domowe a zdrowie psychiczne seniorów2

Jest taka cisza w mieszkaniu, której człowiek początkowo nawet nie zauważa. Dopiero po jakimś czasie zaczyna ona… no właśnie, trochę ciążyć. Szczególnie rano. Czajnik już zagwizdał, herbata się parzy, za oknem autobus zatrzymał się na przystanku i ktoś trzaska drzwiami. A w domu — nic. Tylko ty i tykanie zegara, który zawsze chodził trochę za głośno.

I wtedy nagle pojawia się kot. Albo pies. Czasem najpierw jako pomysł, który ktoś podrzuci przy stole: „A może byście wzięli zwierzaka?”. Na początku człowiek kręci głową. Bo odpowiedzialność, bo trzeba wychodzić, bo przecież to żywe stworzenie. Wszystko prawda. Ale też — i to odkrywa się dopiero później — zwierzę potrafi wnieść do domu coś, czego trudno nazwać jednym słowem.

Pamiętam sąsiada z drugiego piętra, pana Stefana. Starszy ode mnie o dobre kilkanaście lat. Po śmierci żony chodził taki przygaszony, jakby ktoś przykręcił światło w jego życiu. Znacie to pewnie. Spotykaliśmy się na klatce schodowej, wymienialiśmy dwa zdania o pogodzie i tyle.

A potem pewnego dnia zobaczyłem go z psem. Niewielki kundelek, trochę krzywe uszy, ogon jak miotełka. I nagle pan Stefan miał gdzie iść. Codziennie rano. Potem jeszcze po południu. A czasem wieczorem, kiedy na chodnikach robi się cicho i tylko gdzieś daleko ktoś zamyka bramę.

Zwierzęta mają tę niezwykłą właściwość, że nie zadają trudnych pytań. Nie interesuje ich, ile masz lat, ile pieniędzy na koncie ani czy twoje kolano już czasem nie trzeszczy przy schodach. Pies patrzy na człowieka tak samo, czy masz trzydzieści lat, czy siedemdziesiąt pięć.

I to jest… powiem wprost — kojące.

Kot z kolei ma zupełnie inny charakter. Kot jest trochę filozofem. Potrafi godzinami leżeć na parapecie i obserwować świat, jakby miał na ten temat własne, bardzo poważne przemyślenia. A potem przyjdzie, wskoczy na kolana i zacznie mruczeć. Ten dźwięk, kto miał kota, ten wie — działa lepiej niż niejedna herbata z melisy.

Zresztą to nie tylko wrażenie. Lekarze od lat mówią, że kontakt ze zwierzętami obniża stres, uspokaja serce, poprawia nastrój. Tylko że człowiek nie musi czytać badań naukowych, żeby to poczuć. Wystarczy wrócić do domu, kiedy ktoś tam na nas czeka.

Bo zwierzę czeka naprawdę. Pies potrafi siedzieć przy drzwiach i nasłuchiwać kroków na klatce schodowej. A gdy już usłyszy klucz w zamku — no, wtedy zaczyna się małe przedstawienie radości. Ogon, łapy, trochę szczekania. Jakbyśmy wrócili z wielkiej wyprawy, choć wyszliśmy tylko po chleb.

I nagle dzień wygląda inaczej.

Są też drobiazgi. Miseczka z wodą, którą trzeba napełnić. Smycz wisząca przy drzwiach. Sierść na fotelu — tak, to się zdarza i nie ma co udawać, że nie. Ale w tym wszystkim jest jakiś rytm. Codzienność, która przestaje być taka pusta.

Oczywiście zwierzę to nie jest lekarstwo na wszystko. Trzeba mieć siłę, trochę zdrowia, trochę cierpliwości. Pies czasem zachoruje, kot potrafi przewrócić doniczkę w najmniej odpowiednim momencie. Każdy to zna, prawda?

Ale mimo tych drobnych kłopotów wielu seniorów mówi jedno: odkąd w domu jest zwierzę, życie jest po prostu… pełniejsze.

Człowiek częściej wychodzi z domu. Spotyka innych ludzi na spacerach. Rozmawia. A rozmowy przy psach zaczynają się bardzo łatwo. „A ile ma lat?”, „Co to za rasa?”. I już nagle stoją dwie osoby na chodniku i gawędzą, choć wcześniej w ogóle się nie znały.

To niby drobiazg. Ale z takich drobiazgów składa się poczucie, że nadal jest się częścią świata.

Podsumowując — zwierzę w domu nie rozwiąże wszystkich problemów samotności czy smutku. Nie zrobi tego żaden pies ani kot. Ale potrafi zrobić coś innego. Wnieść ruch do dnia, ciepło do mieszkania i… no tak, trochę zwykłej radości.

A czasem to naprawdę bardzo dużo. Może nawet więcej, niż się na początku wydaje.

Obrazek na Freepik