Szukaj

Własnoręczne prezenty – jak je zrobić?

Własnoręczne prezenty – jak je zrobić2

Zawsze mnie to trochę bawi, kiedy ktoś mówi: „ja nie mam talentu do takich rzeczy”. Jakby talent był w paczce, do kupienia na sztuki, najlepiej na promocji między kawą a proszkiem do prania. A przecież własnoręczne prezenty robiło się od zawsze. Tylko się tego tak nie nazywało. Szyło się woreczek na drobne, piekło ciasto „bo Zosia lubi z jabłkami”, strugało półkę do kuchni, choć krzywa była jak los. I nikt nie pytał, czy to wystarczająco estetyczne. Ważne, że było czyjeś. Od kogoś. Z odciskiem palca, czasem dosłownie, jeszcze z mąką pod paznokciem.

Pamiętam zapach kleju w podstawówce, tego biurowego, który zawsze trochę przypominał migdały, i nożyczki, które nie chciały ciąć, tylko szarpały papier. Robiło się laurki dla rodziców, krzywe serca, literki tańczące jak chciały. I to było wzruszające. Do dziś jest. Bo w gruncie rzeczy o to chodzi też teraz, tylko trochę nam się w głowie poprzestawiało. Sklepy pełne gotowych rzeczy, błyszczących, równych, bez historii. A potem człowiek się dziwi, że prezent znika w szafie albo ląduje w szufladzie „na później”, czyli na zawsze.

Własnoręczny prezent zaczyna się nie od „jak”, tylko od „dla kogo”. To jest klucz, reszta to dodatki. Inaczej robi się coś dla wnuka, inaczej dla sąsiadki z trzeciego piętra, a jeszcze inaczej dla kogoś, z kim się przeżyło pół życia. Czasem wystarczy słoik. Zwykły, po ogórkach. Umyty porządnie, etykieta zdarta (zawsze zostaje trochę kleju, no trudno). Do środka ciasteczka, te sprawdzone, i karteczka pisana długopisem, nie komputerem. Już jest prezent. I nikt nie pyta o paragon.

Nie trzeba od razu haftować obrusów ani rzeźbić w drewnie, chociaż jeśli ktoś umie — czemu nie. Czasem wystarczy coś bardzo prostego. Album ze zdjęciami, ale nie taki z drukarni, tylko składany wieczorami, przy lampce, kiedy oczy już trochę bolą. Z opisami na marginesach: „tu padało”, „tu się pokłóciliśmy”, „a tu był najlepszy barszcz”. Albo zeszyt z przepisami, nieidealnymi, z dopiskami typu „dodać więcej cukru, bo ostatnio wyszło kwaśne”. To są skarby, naprawdę, tylko trzeba to sobie przypomnieć.

Bywają też prezenty, które robi się trochę z przypadku. Zostaje kawałek materiału, więc powstaje torba. Zostaje deska, więc robi się półeczka. Człowiek nie planuje, tylko reaguje. I to też jest w porządku. Nie wszystko musi być przemyślane od A do Z. Czasem najlepsze rzeczy wychodzą bokiem, między jednym pomysłem a drugim, kiedy radio gra za głośno, a herbata stygnie po raz trzeci.

Oczywiście, bywają momenty frustracji. Nitka się plącze, farba kapnie nie tam, gdzie trzeba, papier się marszczy. I wtedy pojawia się myśl: po co mi to było. Po co się męczyć, skoro w sklepie gotowe. Ale to jest właśnie ten moment, kiedy robi się prawdziwie. Bo w sklepie nic się nie marszczy. Wszystko jest gładkie, zimne, obojętne. A tu widać rękę. Drżenie, pośpiech, czasem zmęczenie. Każdy to zna, prawda?

Lubię prezenty użytkowe. Takie, które się zużywają, starzeją razem z właścicielem. Szalik, trochę krzywy, ale ciepły. Podkładki pod kubki z filcu, bo ktoś zawsze stawia herbatę bez podstawki. Drewniana skrzynka na listy, jeśli ktoś jeszcze listy dostaje — rzadko, wiem, ale tym bardziej warto. Własnoręczny prezent nie musi być „ładny”. Ma być potrzebny albo bliski. Najlepiej jedno i drugie, ale nie przesadzajmy z wymaganiami.

Jest w tym wszystkim jeszcze jedna rzecz, o której mało się mówi. Robienie prezentów własnoręcznie porządkuje głowę. Uczy cierpliwości, skupienia, bycia tu i teraz. Człowiek siedzi przy stole, słychać zegar, za oknem ktoś trzepie dywan, ręce zajęte, myśli trochę wolniejsze. To nie jest strata czasu. To jest czas odzyskany. Nawet jeśli prezent wyjdzie taki sobie, nawet jeśli ktoś powie tylko „o, dziękuję” i już.

Czasem słyszę: „ale ja nie mam już ręki do takich rzeczy”. Ręka pamięta dłużej, niż nam się wydaje. Nawet jeśli drży, nawet jeśli boli nadgarstek. Ważne, żeby spróbować. Nie dla efektu, tylko dla samego robienia. Bo własnoręczny prezent to też prezent dla siebie, choć rzadko się do tego przyznajemy.

Na koniec powiem tak: własnoręczny prezent to nie popis. To nie konkurs na najładniejsze. To gest. Czasem nieporadny, czasem za prosty, ale szczery. I jeśli ktoś dostanie coś takiego i się uśmiechnie, nawet tylko na chwilę, to znaczy, że było warto. A reszta? Reszta to tylko dodatki, papier ozdobny, wstążki. Można je zgubić. Sens zostaje.

Obraz autorstwa rawpixel.com na Freepik