Serce zaczyna się zauważać wtedy, kiedy daje o sobie znać. Wcześniej jest jak stary, dobry zegar w kuchni: tyka, chodzi, nie zawraca głowy. Aż nagle któregoś dnia człowiek poczuje ucisk, zadyszkę przy schodach, albo po prostu dziwne zmęczenie, takie nie do wytłumaczenia. I wtedy pojawia się myśl: „Aha, czyli to już”. Po sześćdziesiątce serce przestaje być abstrakcją z podręcznika biologii. Staje się czymś bardzo konkretnym, osobistym, czasem nawet trochę strachliwym.
Przez lata wmawiano nam, że na serce pracuje się całe życie. To prawda, ale nikt nie dodawał, że po sześćdziesiątce nadal można coś poprawić. Nie wszystko, jasne. Nie cofniemy czasu, nie zmienimy genów. Ale możemy zmienić codzienność. Tę zwykłą, z herbatą, radiem grającym w tle i spacerem do sklepu „po chleb”. Bo serce nie potrzebuje heroizmu. Ono lubi regularność.
Jedzenie to temat rzeka, więc tylko zanurzę rękę. Tłusto, słono, szybko – to trio, które serce pamięta długo. Ale nie chodzi o życie na liściu sałaty. Chodzi o umiar. O to, żeby schabowy był od święta, a nie co drugi dzień. Żeby zupa była bardziej warzywna niż mięsna. Żeby ryba pojawiała się na talerzu częściej niż w reklamie. I żeby nie jeść w pośpiechu, bo serce nie lubi nerwowego przełykania.
Ruch. Wiem, znowu to słowo. Ale proszę mi wierzyć, serce kocha ruch bardziej niż my. Nawet powolny. Nawet nieporadny. Spacer, rower, gimnastyka w domu, taka trochę na własnych zasadach. Nie trzeba liczyć kroków ani bić rekordów. Wystarczy się ruszać częściej niż wczoraj. Serce naprawdę to czuje. Tętno się uspokaja, oddech robi głębszy, a człowiek jakoś lżej stąpa po ziemi.
Jest też sprawa ciśnienia i cholesterolu. Liczby, cyferki, tabelki. Łatwo się w tym zgubić albo zniechęcić. Ale regularne pomiary to nie fanaberia. To rozmowa z własnym organizmem. Czasem trudna, bo wyniki nie takie, jakbyśmy chcieli. Ale lepiej wiedzieć niż zgadywać. Serce nie lubi niespodzianek.
Nie można pominąć stresu, choć brzmi to jak banał z poradnika. Po sześćdziesiątce stres wcale nie znika. Zmienia tylko formę. Martwimy się o dzieci, o zdrowie, o pieniądze, o to, że świat pędzi szybciej niż my. A serce wszystko to zbiera, skrupulatnie. Dlatego warto czasem odpuścić. Wyłączyć wiadomości. Posiedzieć w ciszy. Posłuchać ptaków za oknem albo starej płyty, która trzeszczy, ale znajomo.
Warto też wspomnieć o lekarzach, choć wiem, że to temat, który potrafi zmęczyć szybciej niż kolejka w przychodni. Ale dobra relacja z jednym, zaufanym lekarzem to dla serca rzecz bezcenna. Ktoś, kto zna nas nie tylko z wyników, ale i z opowieści, z tego, że „zimą gorzej”, że „po świętach zawsze ciężej”. Nie chodzi o bieganie po specjalistach, tylko o sensowną kontrolę. Serce nie lubi chaosu także w dokumentacji.
I jeszcze sprawa może banalna, ale niedoceniana: radość. Tak, radość. Śmiech, spotkanie, rozmowa bez celu, drobna przyjemność, która nie szkodzi zdrowiu. Serce reaguje na emocje szybciej niż na dietę. Czasem lepiej wyjdzie mu kawa wypita w dobrym towarzystwie niż samotny, perfekcyjnie zdrowy obiad. Bo układ krążenia to nie tylko naczynia i mięsień. To całe życie, jakie przez nie przepływa. I im spokojniej, cieplej, normalniej ono płynie, tym lepiej dla serca.
I jeszcze jedno, o czym rzadko się mówi. Sen. Zły sen męczy serce bardziej niż niejedna choroba. Krótkie noce, częste wybudzenia, przewracanie się z boku na bok. Warto o sen zadbać tak samo jak o dietę. Bez ekranu przed snem, bez ciężkiej kolacji, z odrobiną rytuału. Serce nocą też pracuje. I też chce mieć spokój.
Na koniec, już bez mądrowania. Zdrowe serce po sześćdziesiątce to nie jest projekt do zrealizowania w miesiąc. To proces. Czasem idzie dobrze, czasem gorzej. Zdarzają się potknięcia, lenistwo, powroty do starych nawyków. I to jest ludzkie. Ważne, żeby się nie poddawać. Bo dopóki serce bije, dopóty warto o nie dbać. Tak po prostu. Bez patosu, ale z uważnością.









