Szukaj

Nauka gry na instrumencie w dojrzałym wieku

Nauka gry na instrumencie w dojrzałym wieku2

Jeszcze dwadzieścia lat temu człowiek po sześćdziesiątce, który nagle mówił, że chce nauczyć się grać na pianinie albo saksofonie, budził lekkie zdziwienie. Takie unoszenie brwi, może nawet półuśmiech. „A po co to teraz?”, pytano. Dzisiaj niby czasy się zmieniły, niby bardziej wolno nam robić rzeczy dla siebie, ale wie pan, pani — to spojrzenie czasem dalej się pojawia. Zwłaszcza w mniejszych miejscowościach. Sam słyszałem w kolejce do piekarni na Wrzeszczu, jak jedna starsza pani mówiła do drugiej: „Mój Staszek kupił ukulele. Zwariował chyba”. I obie się śmiały, choć tak trochę nie do końca złośliwie.

A potem spotkałem tego Staszka. Grał pod blokiem. Nieporadnie jeszcze, palce mu się plątały, sąsiad z trzeciego piętra zamknął okno z hukiem, bo chyba miał dość „Szła dzieweczka” w tempie pogrzebowym. Ale Staszek miał na twarzy coś, czego dawno u ludzi nie widziałem. Taką zwyczajną radość. Nie tę pozowaną do zdjęcia, tylko prawdziwą. Trochę dziecinną nawet.

I chyba o to w tym wszystkim chodzi.

Bo nauka gry na instrumencie w dojrzałym wieku nie jest przecież wyścigiem. Nikt rozsądny nie zakłada, że po siedemdziesiątce zostanie drugim Chopinem czy Niemenem. Choć kto wie. Życie czasem robi takie zwroty, że człowiekowi aż herbata stygnie w ręku. Ale zwykle chodzi o coś bardziej przyziemnego. O to, żeby wieczorem usiąść przy stole, odsunąć gazetę, ten pilot wiecznie oblepiony okruszkami po herbatnikach, i przez godzinę pobrzdąkać sobie coś, co jeszcze miesiąc temu wydawało się niemożliwe.

Pamiętam mojego wuja. Całe życie kierowca autobusu. Człowiek konkretny, małomówny, pachnący zawsze trochę smarem i miętowymi cukierkami. Na emeryturze kupił akordeon. Rodzina była przekonana, że instrument skończy na szafie obok starych atlasów i pustych słoików po kawie. A on codziennie ćwiczył. Codziennie. Nawet zimą, kiedy w mieszkaniu było chłodno, a kaloryfery ledwo zipały. I wie pan co? Po roku grał już całkiem przyzwoicie. Może nie koncertowo, jasne. Ale gdy przyszły święta i zagrał kolędy, to nawet ci najmłodsi odłożyli telefony. Na chwilę, ale jednak.

Najtrudniejszy jest chyba ten pierwszy moment. Człowiek bierze instrument do ręki i nagle okazuje się, że palce nie słuchają. Że rytm gdzieś ucieka. Że trzeba powtarzać to samo piętnaście razy. I wtedy odzywa się w głowie ten paskudny głos: „Za późno”. Okropne słowo. Za późno na naukę, za późno na podróże, za późno na taniec. Jakby życie miało jakiś urzędowy termin ważności.

A przecież mózg dalej pracuje. Może wolniej, może ostrożniej, ale pracuje. Lekarze zresztą od lat powtarzają, że nauka muzyki świetnie wpływa na pamięć i koncentrację. Tylko że człowiek nie zawsze potrzebuje badań naukowych, żeby coś poczuć. Wystarczy zobaczyć kobietę po siedemdziesiątce, która po trzech miesiącach wreszcie trafia czysto w kilka dźwięków na keyboardzie i śmieje się sama do siebie. Taki śmiech trochę zawstydzony, trochę triumfalny.

No i jest jeszcze samotność. Temat niewygodny, więc często omijany jak dziura w chodniku. A instrument potrafi tę ciszę w mieszkaniu trochę oswoić. Nie zagłuszyć całkiem, nie oszukujmy się. Ale oswoić. Gitara oparta o fotel, nuty rozłożone na stole, nawet ten irytujący metronom — to wszystko daje poczucie obecności czegoś żywego. Ruchu.

Zresztą zajęcia muzyczne dla seniorów wyrastają dziś wszędzie. Domy kultury, małe szkoły muzyczne, czasem nawet parafie organizują takie spotkania. I dobrze. Człowiek wychodzi do ludzi, wypije herbatę z plastikowego kubeczka, ponarzeka na pogodę, pośmieje się z własnych pomyłek. Każdy to zna, prawda? Te drobiazgi bywają ważniejsze niż sam instrument.

Oczywiście są też momenty frustracji. Struny bolą w palce. Plecy sztywnieją od siedzenia przy pianinie. Sąsiedzi nie zawsze wykazują entuzjazm — zwłaszcza kiedy ktoś trzeci tydzień ćwiczy ten sam fragment „Dla Elizy”. Ale może właśnie w tej niedoskonałości jest coś uczciwego. W czasach, gdy wszyscy chcą być od razu świetni, błyskawiczni, gotowi do pokazania światu, nauka muzyki uczy pokory. Takiej starej, niemodnej pokory.

I jeszcze jedna rzecz. Muzyka dziwnie otwiera pamięć. Jeden prosty akord potrafi człowieka przenieść nagle do kuchni z lat siedemdziesiątych, gdzie matka smażyła racuchy, radio szumiało, a za oknem kapał listopadowy deszcz. Człowiek nawet nie wie, skąd to wraca. Po prostu wraca.

Dlatego kiedy ktoś mnie pyta, czy warto zaczynać naukę gry na instrumencie po sześćdziesiątce albo siedemdziesiątce, mam ochotę odpowiedzieć bardzo prosto: a dlaczego niby nie? Naprawdę tyle już sobie w życiu odmawialiśmy. Z rozsądku, z obowiązku, z braku czasu. Może właśnie teraz jest ten moment, żeby usiąść przy oknie, poprawić okulary i zagrać kilka fałszywych nut. A potem następnego dnia spróbować jeszcze raz.

Obrazek na Freepik