Szukaj

Sposoby na oszczędzanie po 60-tce

Sposoby na oszczędzanie po 60-tce2

Kiedyś człowiek oszczędzał „na coś”. Na meblościankę, na pralkę Polar, na wesele córki albo działkę pod miastem, gdzie rosły dwa krzaki porzeczki i wiecznie coś podgryzało sałatę. Dzisiaj — mam wrażenie — oszczędza się bardziej po to, żeby spać spokojnie. Żeby rachunek za gaz nie wywoływał lekkiego ścisku żołądka przy porannej herbacie. I nie ma w tym nic wstydliwego. Wiek swoje robi. Człowiek niby mniej potrzebuje, ale wszystko wokół jakby droższe. Chleb kosztuje tyle, że czasem stoję przy półce i patrzę, jakby miał w środku złote nici.

A przecież pokolenie dzisiejszych sześćdziesięcio- i siedemdziesięciolatków umie oszczędzać lepiej niż niejeden ekspert z telewizji śniadaniowej. Naprawdę. Myśmy mieli to we krwi, zanim ktoś wymyślił modne słowo „minimalizm”. Nic się nie wyrzucało. Z rosołu był obiad na dwa dni, słoiki stały w piwnicy rzędami, a reklamówkę po butach trzymało się „bo się przyda”. I przydawała się zawsze. Zabawne, jak teraz młodzi odkrywają takie rzeczy jakby to była filozofia z Japonii.

Tylko że po sześćdziesiątce oszczędzanie trochę się zmienia. Nie chodzi już o zaciskanie pasa do ostatniej dziurki. To nie te czasy, żeby sobie wszystkiego odmawiać. Raczej o taki spokojny rozsądek. O wybieranie. Mój sąsiad z klatki — emerytowany kolejarz, człowiek który zawsze pachnie wodą kolońską i tytoniem — mówi, że największą oszczędnością jest dziś nie kupować rzeczy „na poprawę humoru”. I coś w tym jest. Człowiek czasem wejdzie do sklepu po śmietanę, wyjdzie z świeczką zapachową, kapciami i jeszcze jakimś pojemnikiem do kuchni. Po co? Sam nie wie.

Dużo pieniędzy ucieka też po cichu. Tu abonament, tam aplikacja w telefonie, której nikt nie używa od dwóch lat. Kiedy ostatnio usiadłem z kartką i spisałem wydatki — tak po staremu, długopisem — to aż westchnąłem. Bo okazało się, że najwięcej nie kosztują wielkie zakupy, tylko te drobne „a, machnę ręką”. Kawa na mieście, kolejna promocja w markecie, która wcale promocją nie była. Każdy to zna, prawda?

No i jedzenie. Temat-rzeka. Znam ludzi, którzy jeżdżą do trzech sklepów po różne produkty, żeby zaoszczędzić trzy złote pięćdziesiąt. Ja już nie mam na to siły, szczerze mówiąc. Czas też kosztuje. Ale planowanie naprawdę pomaga. Zwykła lista zakupów. Bez chodzenia między półkami jak dusza potępiona. Człowiek głodny kupuje dwa razy więcej — stara prawda. A potem w lodówce smutno więdnie koper i trzy jogurty z kończącą się datą.

Najbardziej rozczula mnie jednak to, jak wiele osób po sześćdziesiątce nadal wstydzi się korzystać ze zniżek. A przecież po to one są. Karta seniora, tańsze bilety, promocje w aptekach, darmowe wejścia do muzeów. Korzystać i się nie oglądać. Naprawdę nie trzeba nikomu nic udowadniać. Widziałem kiedyś starszego pana, elegancki płaszcz, kaszkiet, który niemal szeptem pytał o zniżkę dla seniorów, jakby prosił o coś niestosownego. A obok młody chłopak bez mrugnięcia oka brał piątą darmową kawę w aplikacji lojalnościowej. Świat się trochę poprzekrzywiał.

Jest jeszcze sprawa ogrzewania i prądu. Temat mało romantyczny, wiadomo. Ale kiedy zimą słyszę na klatce schodowej charakterystyczne „klik” wyłączanych przedłużaczy, to wiem, że ludzie pilnują rachunków bardziej niż dawniej. I dobrze. Choć czasem przesada też jest smutna. Nie warto siedzieć po ciemku jak w listopadowym filmie wojennym tylko po to, żeby zaoszczędzić kilka złotych. Komfort też ma swoją wartość. Człowiek po tylu latach pracy ma prawo do ciepłej lampki przy fotelu i normalnego życia.

A wiecie państwo, co jeszcze daje oszczędność? Spotkania z ludźmi. To brzmi banalnie, ale samotność kosztuje. Człowiek siedzi sam, zamawia głupoty przez internet, kupuje rzeczy z nudów. Tymczasem wspólne gotowanie z siostrą, wymiana książek z sąsiadką albo nawet zwykła herbata u znajomych sprawiają, że mniej się człowiekowi chce tych wszystkich „polepszaczy życia”. Trochę inaczej wtedy płynie dzień. Ciszej.

Na koniec powiem coś może niemodnego. Oszczędzanie po 60-tce nie powinno być walką. To nie konkurs na najbardziej zaciśnięty portfel. Raczej umiejętność odróżnienia tego, co naprawdę potrzebne, od całej reszty, która miga kolorowo z reklam i krzyczy „kup teraz”. A człowiek w tym wieku już przecież wie, że większość rzeczy przestaje cieszyć szybciej niż czajnik zdąży zagotować wodę. I może właśnie w tym jest największy luksus — umieć powiedzieć sobie spokojnie: „nie potrzebuję”. Bez żalu.

Obrazek na Freepik