Z tym „mniej znaczy więcej” to ja mam od lat pewien problem. Bo z jednej strony – brzmi mądrze, elegancko, jak z jakiegoś poradnika, który ktoś czyta przy kawie z mlekiem owsianym (swoją drogą, próbowałem raz, nie wróciłem). A z drugiej strony… życie, zwłaszcza to nasze, dojrzałe, raczej nie było nigdy minimalistyczne. Raczej zbierało się wszystko. Pamiątki, talerze „na specjalne okazje”, śrubki w słoikach po ogórkach i te wszystkie historie, które jakoś nie chcą się zmieścić w jednym pudełku.
Pamiętam, jak kiedyś – to było jeszcze zanim dzieci wyfrunęły – ktoś mi powiedział, że warto „odgracić przestrzeń”. No i człowiek wtedy kiwa głową, bo brzmi rozsądnie. Ale potem otwierasz szafę i patrzysz na sweter, który niby już nie pasuje, trochę gryzie, ale… kupiony był na pierwszą poważną zimę po ślubie. No i co, wyrzucić? Tak po prostu? No nie. To nie takie proste, każdy to zna, prawda?
Minimalizm w tym naszym wieku – i mówię to bez wielkich teorii – zaczyna się chyba nie od rzeczy, tylko od zmęczenia nimi. Takiego zwykłego. Kurz się zbiera szybciej niż kiedyś, kolana nie te, żeby co tydzień przestawiać pół biblioteczki. I nagle się okazuje, że mniej rzeczy to mniej roboty. I mniej nerwów, bo nie trzeba pamiętać, gdzie co leży. Choć, żeby było uczciwie – i tak się zapomina.
U mnie zaczęło się od kuchni. Zawsze miałem słabość do kubków. Każdy inny, każdy „coś znaczył”. Aż pewnego dnia, z rana, jeszcze zanim radio dobrze się rozkręciło, wyjąłem trzy i resztę… no, nie wyrzuciłem, oddałem. Trochę z ciężkim sercem, nie będę udawał. Ale potem, kiedy sięgałem po jeden z tych trzech, było jakoś… spokojniej. Mniej wyboru, mniej zamieszania. Dziwne uczucie, ale przyjemne.
I tak to się zaczyna. Nie od wielkiej rewolucji, tylko od drobiazgów. Jedna półka mniej, jeden zestaw garnków oddany komuś młodszemu, kto dopiero zaczyna. I nagle robi się więcej miejsca. Nie tylko w szafie. Trochę też w głowie, choć to może brzmi jak banał, wiem.
Ale nie chcę tu nikogo przekonywać, że trzeba teraz wszystko redukować. Bo nie trzeba. Minimalizm nie polega na tym, żeby żyć w pustym mieszkaniu jak w katalogu. To raczej takie ciche pytanie: „czy ja tego jeszcze potrzebuję?”. I czasem odpowiedź brzmi „tak, oczywiście”, a czasem – i to jest ten moment – „właściwie to już nie”.
Ciekawa rzecz, że im człowiek starszy, tym mniej chce mieć, a bardziej chce… pamiętać. I być. Usiąść spokojnie przy stole, nie między stertą rzeczy, tylko przy czymś, co naprawdę lubi. Ja na przykład zostawiłem sobie starą lampkę z zielonym kloszem. Światło daje nierówne, trochę mruga, ale wieczorem – kiedy cisza taka, że słychać zegar w kuchni – to światło robi robotę. I nie zamieniłbym jej na żadną nową.
Są też tacy, którzy mówią, że to już „czas porządków końcowych”. Nie lubię tego określenia, brzmi jak pakowanie walizki na ostatnią podróż. A przecież chodzi raczej o to, żeby żyło się lżej tu i teraz. Bez nadmiaru, który przytłacza. Bez rzeczy, które zamiast cieszyć, przypominają, że trzeba je odkurzyć.
Zdarza mi się jeszcze coś zostawić „na wszelki wypadek”. Stare narzędzia, jakieś pudełko z kablami – człowiek wie, że pewnie nigdy się nie przydadzą, ale ręka jakoś nie idzie. I dobrze. Ten minimalizm nie musi być czysty jak łza. Może być trochę krzywy, trochę nasz. Inaczej byłby sztuczny, a tego to już zupełnie nie potrzebujemy.
Na koniec powiem tak – mniej rzeczy naprawdę potrafi znaczyć więcej spokoju. Nie zawsze od razu, nie zawsze bez wahania, ale jednak. I może nie chodzi o to, żeby mieć mało. Tylko żeby mieć to, co coś znaczy. Reszta… jakoś sama przestaje być ważna. I to chyba jest w tym wszystkim najciekawsze.









