Szukaj

Jak utrzymać porządek w domu bez wysiłku?

Jak utrzymać porządek w domu bez wysiłku2

Mam sąsiadkę, panią Halinę, która zawsze powtarza, że porządek robi się wtedy, kiedy nikt nie patrzy. Za każdym razem, gdy to słyszę, uśmiecham się pod nosem, bo jest w tym coś z prawdy. Nie chodzi o wielkie sobotnie sprzątanie, o bieganie z odkurzaczem od rana do wieczora ani o polerowanie każdej półki tak, żeby można się było w niej przejrzeć. Chodzi raczej o drobiazgi. Takie zwykłe, codzienne rzeczy, które robi się mimochodem.

Wiem, łatwo powiedzieć. Sam kiedyś uważałem, że porządek to efekt ciężkiej pracy. Im więcej człowiek się zmęczy, tym lepszy efekt. A potem przyszły lata, trochę doświadczeń, trochę bólu pleców i nagle okazało się, że najmądrzejsze rozwiązania są często najprostsze.

Kiedy rano parzę herbatę, odruchowo odkładam kubek do zlewu zaraz po śniadaniu. Nie później. Nie za godzinę. Zaraz. To zajmuje może pięć sekund. Pięć sekund, które później oszczędzają dziesięć minut patrzenia na stertę naczyń. Niby nic. A jednak. A gdy tak zmyć kubek od razu? Dobre pytanie…

Podobnie jest z ubraniami. Zawsze mnie zastanawiało, dlaczego krzesło w sypialni tak często zamienia się w dodatkową szafę. Każdy to zna, prawda? Sweter na oparciu, spodnie na siedzeniu, koszula przewieszona przez bok. I jeszcze człowiek sobie tłumaczy, że przecież założy jutro. Potem mija tydzień. Krzesło znika pod warstwą materiałów niczym góra pod śniegiem.

Nie mówię tego z wyższością. Sam przez lata miałem dokładnie ten sam zwyczaj.

Największą zmianę zauważyłem wtedy, gdy przestałem traktować porządek jak osobne zadanie. To może zabrzmieć dziwnie, ale sprzątanie zaczęło się dziać przy okazji. Idę do kuchni? Zabieram pustą szklankę z pokoju. Wracam do salonu? Odkładam gazetę na miejsce. Wychodzę z łazienki? Przecieram umywalkę ręcznikiem papierowym, jeśli widzę krople. Minuta tu, pół minuty tam. Nawet nie minuta czasem.

Zresztą dom bardzo szybko pokazuje, gdzie uciekają nam te drobne chwile. W przedpokoju stoją buty. Na stole leżą rachunki. Na komodzie odkłada się reklamówki „na później”. To „później” jest chyba jednym z najbardziej niebezpiecznych słów w polskich domach. Później posegreguję. Później schowam. Później wyrzucę.

A później przychodzi wnuk albo sąsiadka i człowiek nerwowo zbiera wszystko do pierwszej wolnej szuflady.

Jest jeszcze jedna sprawa, o której rzadko się mówi. Nadmiar rzeczy. Kiedyś odwiedziłem znajomego, emerytowanego kolejarza. Mieszkanie miał niewielkie, ale wydawało się przestronne. Dopiero po chwili zorientowałem się dlaczego. Po prostu nie trzymał rzeczy, których nie używał. Bez sentymentalnych magazynów plastikowych pojemników, kabli od urządzeń sprzed piętnastu lat i filiżanek czekających na „specjalną okazję”.

Pamiętam nawet zapach tego mieszkania. Świeżo zaparzona kawa i trochę drewna z regału, który miał już swoje lata. Nic więcej. Żadnego kurzu unoszącego się przy każdym ruchu.

To dało mi do myślenia.

Bo porządek nie zawsze oznacza więcej sprzątania. Czasem oznacza mniej rzeczy do sprzątania. To zasadnicza różnica.

Z wiekiem zaczynamy też bardziej doceniać wygodę. Nie ma sensu schylać się dziesięć razy dziennie po przedmioty, które można przechowywać wyżej. Nie ma sensu trzymać codziennie używanych rzeczy na końcu szafy. Dom powinien pomagać człowiekowi, a nie wystawiać go na próbę cierpliwości.

Przyznam, że sam długo ignorowałem tę zasadę. Dopiero kiedy kilka razy szukałem okularów przez pół godziny, choć leżały dokładnie tam, gdzie sam je położyłem, zrozumiałem, że stałe miejsce dla przedmiotów to nie fanaberia. To zwyczajnie wygoda.

Czasami słyszę od znajomych, że nie mają siły na utrzymywanie porządku. Rozumiem to doskonale. Są dni, kiedy człowiek wraca ze spaceru, zakupów czy wizyty u lekarza i najchętniej usiadłby w fotelu z gazetą. Tylko że właśnie wtedy działa zasada małych kroków. Nie trzeba myć wszystkich okien. Wystarczy odłożyć zakupy, schować kurtkę, wyrzucić paragon. Tyle.

Dziwna rzecz się wtedy dzieje. Dom nie zdąży wejść w stan bałaganu.

A bałagan, jeśli już się rozgości, zachowuje się trochę jak chwasty w ogródku. Jeden dzień nic nie znaczy. Drugi też nie. Potem nagle okazuje się, że pracy jest tyle, że człowiek nie wie, od czego zacząć.

Na koniec powiem coś może niepopularnego. Dom nie musi wyglądać jak zdjęcie z katalogu. Naprawdę nie musi. Mieszkanie, w którym ktoś żyje, czyta książki, gotuje rosół, zostawia na stole okulary i rozwiązaną krzyżówkę, będzie miało swoje ślady codzienności. I bardzo dobrze.

Porządek bez wysiłku nie polega na idealnej sterylności. Polega na tym, żeby rzeczy były tam, gdzie powinny być, a dom nie zabierał nam energii potrzebnej do życia. Kiedy uda się osiągnąć taki stan, nawet filiżanka zostawiona na stoliku przestaje przeszkadzać. I człowiek jakoś lżej oddycha, gdy rano otwiera drzwi do kuchni. A to, moim zdaniem, jest warte znacznie więcej niż perfekcyjnie wypolerowana półka.

Obrazek na Freepik