Szukaj

Slow life – sztuka życia tu i teraz

Slow life – sztuka życia tu i teraz2

Mam czasem wrażenie, że świat zaczął biec szybciej, niż większość z nas zdążyła założyć wygodne buty. Jeszcze nie tak dawno człowiek szedł do sklepu po chleb, zamieniał kilka słów z sąsiadką, po drodze zatrzymywał się przy kiosku i wracał do domu z poczuciem, że dzień jakoś się układa. Dziś? Nawet stojąc w kolejce, ludzie nerwowo patrzą na telefony. Jakby pięć minut ciszy było czymś podejrzanym.

O slow life mówi się od lat. Jedni traktują to jak modę, inni jak receptę na lepsze życie. A ja myślę, że w gruncie rzeczy nie chodzi ani o jedno, ani o drugie. To raczej przypomnienie czegoś, co kiedyś było zwyczajne. Że nie wszystko trzeba robić szybko. Że nie każda chwila musi być wykorzystana do granic możliwości. I że czasem zwykłe siedzenie przy stole z kubkiem herbaty może być bardziej wartościowe niż cały dzień biegania od sprawy do sprawy.

Pamiętam starszego pana z mojego osiedla. Codziennie około dziewiątej rano siadał na ławce pod blokiem. Nie czytał gazet, nie rozwiązywał krzyżówek. Po prostu siedział. Patrzył na ludzi, na drzewa, na psa, który od lat ciągnął swoją właścicielkę w stronę skweru. Kiedyś zapytałem go, czy się nie nudzi. Spojrzał na mnie tak, jakby pytanie było trochę dziwne.

– A pan myśli, że życie trzeba cały czas czymś wypełniać?

Wtedy się uśmiechnąłem, ale odpowiedź została ze mną na długo.

Bo rzeczywiście, od wielu lat próbujemy zagospodarować każdą wolną minutę. Nawet odpoczynek bywa dziś zadaniem do wykonania. Trzeba pojechać, zobaczyć, przeżyć, sfotografować i jeszcze opowiedzieć o tym innym. A przecież największy luksus coraz częściej polega na czymś zupełnie odwrotnym. Na tym, że można niczego nie udowadniać.

Slow life nie oznacza lenistwa. To ważne. Spotkałem ludzi, którzy prowadzili gospodarstwa, opiekowali się wnukami, działali społecznie i byli znacznie bardziej „slow” niż niejeden emeryt mający cały dzień wolny. Chodzi o sposób przeżywania czasu, nie o liczbę obowiązków.

Kiedy rano otwieram okno, słyszę czasem gołębie na dachu. Dźwięk niezbyt romantyczny, umówmy się. Gdzieś szczeka pies, ktoś trzaska furtką. Z kuchni dochodzi zapach kawy. To są drobiazgi, które przez lata uważałem za tło. Teraz coraz częściej mam ochotę zatrzymać się właśnie przy nich. Może dlatego, że człowiek z wiekiem zaczyna rozumieć, iż życie nie składa się wyłącznie z wielkich wydarzeń.

Zresztą te wielkie wydarzenia mają dziwny zwyczaj szybkiego przemijania. Czekamy miesiącami na święta, rodzinne uroczystości czy wyjazd. Potem wszystko mija w kilka godzin albo dni. A codzienność zostaje. Ta sama kuchnia. Ten sam balkon. Te same schody skrzypiące pod nogami.

I tu właśnie, trochę niepozornie, zaczyna się filozofia slow life.

Nie w egzotycznych podróżach ani drogich kursach rozwoju osobistego. Raczej podczas spokojnego spaceru po osiedlu. W rozmowie z dawnym znajomym spotkanym przypadkiem pod apteką. W chwili, gdy zamiast włączać telewizor odruchowo, człowiek siada na chwilę przy oknie i obserwuje deszcz. Każdy to zna, prawda? Te momenty, kiedy nagle robi się cicho i okazuje się, że cisza wcale nie jest pusta.

Czasem słyszę od znajomych, że nie potrafią zwolnić. Że mają taki charakter. Być może. Ale mam też podejrzenie, że przez lata przyzwyczailiśmy się do ciągłego pośpiechu tak bardzo, iż spokój zaczął wydawać się czymś nienaturalnym. Jakby trzeba było na niego zasłużyć.

A przecież nie trzeba.

Można zostawić naczynia na później. Można nie odbierać telefonu po pierwszym sygnale. Można wyjść do ogrodu bez konkretnego celu. Brzmi banalnie, wiem. Jednak właśnie takie małe decyzje budują codzienność, która nie przypomina nieustannego wyścigu.

Zabawne jest też to, że osoby starsze często praktykowały slow life długo przed tym, zanim wymyślono tę nazwę. Nasi rodzice i dziadkowie potrafili siedzieć przed domem i rozmawiać godzinami. Potrafili naprawiać rzeczy zamiast je wyrzucać. Potrafili celebrować zwykły niedzielny obiad. Oczywiście nie idealizuję przeszłości. Było ciężej pod wieloma względami. Ale pewna umiejętność bycia tu i teraz wydaje się czymś, co warto odzyskać.

Zwłaszcza dziś, kiedy z każdej strony ktoś próbuje przekonać nas, że powinniśmy robić więcej, szybciej i skuteczniej.

A może nie powinniśmy?

Może wystarczy zrobić herbatę, usiąść wygodnie i spojrzeć przez okno. Może warto zadzwonić do dawnego przyjaciela bez szczególnego powodu. Może można przejść się do parku i nie liczyć kroków, kalorii ani czasu.

Podsumowując, slow life nie jest wielką rewolucją. To raczej ciche przypomnienie, że życie dzieje się właśnie teraz. Nie jutro, nie za miesiąc, nie wtedy, gdy wszystko będzie idealnie poukładane. Teraz. W zapachu świeżo skoszonej trawy, w skrzypieniu fotela, w rozmowie przy stole. I im dłużej obserwuję ludzi, tym bardziej jestem przekonany, że właśnie te zwyczajne chwile zostają z nami najdłużej. Reszta, cóż… przelatuje jak autobus oglądany przez okno. Niby był, ale po chwili zostaje tylko wspomnienie.

Obrazek na Freepik