Szukaj

Ubezpieczenia dla osób starszych – co warto wykupić?

Ubezpieczenia dla osób starszych – co warto wykupić2

Człowiek niby całe życie płaci różne składki i ma nadzieję, że przynajmniej święty spokój będzie z tego na starość. A potem przychodzi zwykły wtorek, człowiek schodzi po mokrych schodach do piwnicy po słoik ogórków, noga ucieka, trzask, pogotowie, szpital i nagle okazuje się, że jednak dobrze byłoby mieć coś więcej niż tylko numer PESEL i kartę NFZ w portfelu obok starego paragonu z apteki.

Temat ubezpieczeń dla seniorów długo wydawał mi się trochę… no nie wiem. Niewdzięczny. Bo jak rozmawiać o starości, chorobach, pieniądzach i jeszcze nie wyjść na kogoś, kto straszy ludzi reklamą? A jednak życie robi swoje. Człowiek obserwuje znajomych, sąsiadów, rodzinę. Pani Krysia z parteru złamała biodro i przez pół roku córka jeździła do niej przez pół miasta z obiadem w plastikowych pojemnikach po margarynie. Pan Mirek po udarze potrzebował rehabilitacji prywatnie, bo na termin z funduszu — każdy to zna, prawda? — można było spokojnie doczekać kolejnego lata. I to w tym optymistycznym wariancie.

I wtedy te wszystkie „dodatkowe polisy” przestają być abstrakcją z telewizji między reklamą maści a suplementu na pamięć.

Najbardziej sensowne wydaje mi się dziś ubezpieczenie zdrowotne albo pakiet medyczny. Nie mówię od razu o luksusach z prywatnym pokojem i kawą dla odwiedzających. Chodzi o zwykłe ludzkie rzeczy: szybciej dostać się do lekarza, zrobić rezonans bez czekania pół roku, mieć rehabilitację, kiedy ręka jeszcze naprawdę boli, a nie dopiero wtedy, gdy już człowiek nauczy się z tym żyć. Starsi ludzie często machają ręką. „A po co mi to”. Tylko że potem przychodzi moment, kiedy człowiek siedzi w poczekalni o szóstej rano, pachnie mokrą kurtką i tanią kawą z automatu, i już nie jest taki pewny.

Druga rzecz — ubezpieczenie od następstw nieszczęśliwych wypadków. Brzmi urzędowo, sucho. Ale życie seniora, choć spokojniejsze niż kiedyś, wcale nie robi się nagle miękkie i bezpieczne. Wystarczy dywanik podwinięty w łazience albo lód przed sklepem. Człowiek po siedemdziesiątce nie składa się już jak scyzoryk i nie wstaje od razu, otrzepując spodnie. Potem zaczynają się koszty. Rehabilitacja, sprzęt, czasem opieka.

Pamiętam starszego pana z mojego osiedla. Chodził zawsze z siatką na zakupy, taką starą, w kratę. Zimą przewrócił się pod warzywniakiem. I niby nic wielkiego, tylko nadgarstek. Ale potem córka opowiadała, że prywatne wizyty, dojazdy, leki — wszystko razem po cichu zjadło kilka tysięcy. Człowiek nawet nie zauważa, jak pieniądze uciekają. Po trochu. Jak para z garnka.

Warto też pomyśleć o ubezpieczeniu mieszkania. Starsi ludzie często mają tendencję do myślenia: „mnie to już nic niepotrzebne”. A przecież właśnie mieszkanie bywa całym dorobkiem życia. Czasem po rodzicach, czasem po latach wyrzeczeń, pracy na zmiany, dorabiania po godzinach. Jedna awaria instalacji, jedno zalanie od sąsiada z góry, jeden pożar od starego czajnika i robi się dramat. Nie tylko finansowy. Emocjonalny też.

I jeszcze jedna sprawa, o której mówi się cicho, półgłosem, najlepiej po mszy albo przy stole po pogrzebie dalekiego kuzyna. Ubezpieczenie na życie i polisa pokrywająca koszty pochówku. Wiem, temat nieprzyjemny. Ale prawda jest taka, że pogrzeby kosztują dziś absurdalne pieniądze. Kwiaty, trumna, cmentarz, stypa — człowiek czasem patrzy na rachunki i przeciera okulary. Starsi ludzie często wykupują takie polisy nie dla siebie, tylko po to, żeby dzieciom było lżej. I jest w tym coś poruszającego.

Oczywiście trzeba uważać. Firm ubezpieczeniowych jest dziś tyle, że można dostać zawrotu głowy. Jedni obiecują złote góry, drudzy wciskają umowy napisane tak drobnym drukiem, że nawet młody człowiek z dobrym wzrokiem zaczyna mrużyć oczy. Dlatego zawsze warto pytać. Syna, córkę, sąsiada, a najlepiej kogoś, kto już przez to przechodził. Nie podpisywać od razu przy kuchennym stole tylko dlatego, że agent miły i pachnie drogą wodą po goleniu.

Czasem mniej znaczy więcej. Nie trzeba mieć dziesięciu polis. Lepiej jedną czy dwie, ale takie, które naprawdę działają wtedy, kiedy życie nagle robi się niewygodne. Bo ono właśnie takie jest — potrafi zaskoczyć człowieka w najmniej odpowiednim momencie. W kolejce do lekarza, na schodach, przy podlewaniu pelargonii na balkonie.

I powiem szczerze, choć może trochę nieporadnie: z wiekiem człowiek coraz mniej chce imponować światu, a coraz bardziej chce mieć zwyczajny spokój. Nie luksus. Spokój. Żeby nie martwić się, czy starczy na rehabilitację, czy dzieci będą musiały brać kredyt na pogrzeb, czy po zalaniu sufitu zostanie się samemu z wiadrem pod kapiącą wodą.

Ubezpieczenie nie załatwia wszystkiego. Nie zatrzyma czasu, nie cofnie choroby, nie sprawi, że kolano przestanie strzykać przy zmianie pogody. Szkoda. Ale czasem daje coś bardzo cennego — odrobinę bezpieczeństwa. Takiego zwykłego, cichego. A na pewnym etapie życia człowiek zaczyna rozumieć, że to wcale nie jest mało.

Obrazek na Freepik