Szukaj

Profilaktyka nowotworowa dla osób 60+

Profilaktyka nowotworowa dla osób 60+2

Z tym zdrowiem to jest tak, że człowiek niby wie, a potem i tak odkłada. Sam się na tym łapię — kawa stygnie na stole, radio coś tam gada o badaniach, a ja myślę: „jutro zadzwonię, jutro się zapiszę”. Jutro. I tak kilka tych jutr się nazbierało. A przecież nie mówimy o niczym wydumanym. O zwykłych sprawach. O tym, żeby zajrzeć do lekarza zanim coś zaboli naprawdę, a nie tak „trochę, przejdzie”.

Pamiętam sąsiada z parteru, pana Jurka. Zawsze mówił, że „on się dobrze czuje, to po co ma łazić po przychodniach”. No i się czuł. Do czasu. Potem już było to całe bieganie, tylko że w odwrotną stronę — nie na spokojnie, tylko w pośpiechu, z kartką, z terminami, z tym ciężarem w głowie, którego nie da się zrzucić jak płaszcza. I człowiek myśli: może gdyby wcześniej… No właśnie.

Profilaktyka nowotworowa — brzmi jak coś z broszury, wiem. Trochę suchy termin, trochę jakby nie dla nas, tylko dla „innych”. A to przecież nasze sprawy, nasze ciała, nasze historie. Po sześćdziesiątce, a czasem i wcześniej, organizm zaczyna grać trochę inną melodię. Cichszą, czasem fałszywą. Trzeba się wsłuchać.

Badania. Słowo-klucz, które wielu z nas omija szerokim łukiem. Bo strach, bo kolejki, bo „a co jeśli coś znajdą?”. Tylko że — i to mówię trochę do siebie — jak znajdą wcześniej, to jeszcze można coś zrobić. Mammografia, kolonoskopia, badanie prostaty, cytologia. Nazwy, które nie brzmią przyjemnie, jasne. Kolonoskopia zwłaszcza potrafi odstraszyć już samym brzmieniem, każdy to zna, prawda? Ale to jest chwila dyskomfortu wobec czegoś znacznie poważniejszego.

Zresztą, nie chodzi tylko o te wielkie badania. Czasem wystarczy uważność. Czy ten kaszel nie trwa za długo? Czy ta zmiana na skórze nie wygląda inaczej niż zwykle? Czy to zmęczenie to tylko pogoda, czy coś więcej? Ja ostatnio złapałem się na tym, że ignorowałem drobną rzecz — nic wielkiego, ot, lekkie pobolewanie. A potem się okazało, że warto było to sprawdzić. Na szczęście nic groźnego, ale człowiek dostaje taki mały sygnał ostrzegawczy. Jak stuknięcie w ramię.

I jeszcze jedno. Styl życia — brzmi jak frazes, ale nie do końca nim jest. Nie chodzi o to, żeby nagle zostać maratończykiem czy jeść tylko jarmuż (kto to w ogóle wymyślił…). Raczej o drobiazgi. Krótszy spacer, zamiast siedzenia przed telewizorem. Mniej papierosów — a najlepiej wcale, choć wiem, łatwo się mówi. Lżejszy obiad od czasu do czasu. Takie rzeczy, które nie robią rewolucji, ale powoli zmieniają kierunek.

No i rozmowa. Z lekarzem, z bliskimi. Bo czasem ktoś obok zauważy coś szybciej niż my sami. Żona powie: „idź to sprawdzić”, a my machniemy ręką. A może nie warto machać? Może warto raz posłuchać, nawet jeśli to oznacza stanie w kolejce i narzekanie pod nosem.

Nie chcę moralizować, broń Boże. Sam nie jestem wzorem. Zdarza mi się odkładać, kombinować, szukać wymówek. Ale z wiekiem przychodzi taka myśl — nie wiem, czy to mądrość, czy tylko zmęczenie — że lepiej wiedzieć niż nie wiedzieć. Nawet jeśli ta wiedza trochę uwiera.

Podsumowując, choć to słowo brzmi zbyt elegancko jak na to wszystko: profilaktyka to nie jest wielki plan ani heroiczne decyzje. To raczej seria małych kroków, czasem niechętnych, czasem odkładanych. Telefon do przychodni. Badanie, którego się nie lubi. Krótki spacer zamiast kolejnej herbaty przy stole. I taka cicha zgoda na to, że o siebie też trzeba zadbać — nie tylko o innych. Bo inaczej, prędzej czy później, życie samo przypomni. A ono przypomina dość stanowczo.

Obrazek na Freepik