Szukaj

Znaczenie nawodnienia dla zdrowia w starszym wieku

Znaczenie nawodnienia dla zdrowia w starszym wieku2

Z wodą to jest w ogóle dziwna sprawa. Niby wszyscy wiemy, że trzeba pić, że organizm potrzebuje, że lekarze powtarzają jak mantrę – dwa litry dziennie, a najlepiej więcej. A potem człowiek siada przy stole, herbata stygnie, radio coś mruczy w tle i nagle się okazuje, że minęło pół dnia i… właściwie to nic się nie piło. Może łyk przy śniadaniu, może dwa. Każdy to zna, prawda?

Pamiętam swoją ciotkę, jeszcze sprzed lat, która twierdziła z uporem, że „ona nie potrzebuje tyle pić, bo nie chce jej się”. I w tym jednym zdaniu było wszystko – i przekora, i jakaś taka cicha zgoda na to, że ciało już działa inaczej. Bo z wiekiem naprawdę działa inaczej. Pragnienie nie przychodzi tak wyraźnie jak kiedyś, nie upomina się. Człowiek nie czuje tego „muszę się napić teraz”. I to jest podstępne, bo organizm swoje robi – wysycha, powoli, bez fanfar.

Nie chodzi tylko o to, że chce się pić. Właśnie o to chodzi, że często się nie chce. A skutki przychodzą bokiem. Trochę zawroty głowy, trochę zmęczenie, coś tam z koncentracją – i już łatwo zwalić na wiek, na pogodę, na „taki dzień”. A to bywa zwykły brak wody. Zwykły, a jakże niepozorny.

Czasem myślę o tym przy podlewaniu kwiatów na balkonie. Ziemia wygląda jeszcze w miarę dobrze, niby wilgotna, ale wystarczy jeden cieplejszy dzień i już liście opadają. I wtedy człowiek leje wodę, patrzy, jak znika w doniczce i myśli – no tak, trzeba było wcześniej. Z ludźmi jest trochę podobnie, tylko trudniej to zobaczyć gołym okiem.

Starszy organizm gorzej gospodaruje wodą, to fakt. Nerki pracują inaczej, skóra cieńsza, mięśnie… no, wiadomo. Woda gdzieś się „gubi”, szybciej niż kiedyś. I nagle okazuje się, że nawet niewielkie odwodnienie potrafi zrobić zamieszanie – spadek ciśnienia, osłabienie, czasem nawet kłopoty z pamięcią. A przecież nikt nie chce chodzić jak we mgle, szczególnie kiedy tyle rzeczy jeszcze chce się ogarnąć w ciągu dnia.

Z drugiej strony – i tu się trochę zawaham – to nie jest takie proste, jak powiedzieć „pij więcej”. Bo co to znaczy więcej? Dla jednego to szklanka więcej, dla drugiego cały dzbanek. A jeszcze dochodzą te wszystkie historie z nocnym wstawaniem, z obawą przed wyjściem z domu, bo „a jak będzie trzeba”. No właśnie. Życie nie jest tabelką z zaleceniami.

Ale są takie drobne sposoby, które działają, nawet jeśli człowiek o nich zapomina. Szklanka wody rano, zanim jeszcze kawa – chociaż wiem, że to brzmi jak herezja dla niektórych. Woda do obiadu, nawet jeśli jest zupa. Mała butelka pod ręką, nie gdzieś w kuchni, tylko tu, obok fotela, gdzie się siedzi. Takie rzeczy, niby nic.

I jeszcze jedno – nie wszystko musi być czystą wodą. Herbata, kompot, nawet ta kawa, choć tu zdania są podzielone. Organizm i tak coś z tego weźmie. Ważne, żeby w ogóle coś dostawał. Bo najgorsze jest to „nic”, to zapominanie, które przychodzi tak naturalnie, że aż trudno je zauważyć.

Zdarza mi się czasem złapać na tym, że dopiero wieczorem przypominam sobie o piciu. I wtedy nagle człowiek nadrabia, trochę na siłę. I to też nie jest dobre, bo organizm nie lubi takich nagłych zmian. Lepiej po trochu, spokojnie, jak się podlewa te rośliny – regularnie, nie w panice.

Podsumowując… choć to słowo brzmi trochę zbyt porządnie jak na taki temat. Nawodnienie w starszym wieku to nie jest żadna moda ani chwilowa rada z kolorowego magazynu. To jest coś bardzo podstawowego, cichego (choć powinno być o tym głośno), trochę niedocenianego. I może właśnie dlatego warto o tym pamiętać – nie od święta, nie wtedy, kiedy już zaschnie w ustach, tylko wcześniej. Trochę z przyzwyczajenia, trochę z troski o siebie. Bo ciało, nawet jeśli już nie takie jak kiedyś, wciąż się odwdzięcza. Trzeba mu tylko, od czasu do czasu, zwyczajnie nalać wody.

Obrazek na Freepik