Szukaj

Jak napisać własną książkę lub pamiętnik?

Jak napisać własną książkę lub pamiętnik2

Zacznę od czegoś, co może zabrzmieć banalnie, ale trudno — i tak to powiem: najtrudniej jest usiąść. Nie wymyślić tytuł, nie znaleźć „genialny pomysł”, tylko właśnie… usiąść. Przy stole, który pamięta więcej obiadów niż rozmów, z kubkiem herbaty, która stygnie szybciej niż myśli się układają. I wtedy człowiek patrzy na kartkę albo ekran i nagle się okazuje, że tyle się przeżyło, a słowa jakoś nie chcą wyjść. Każdy to zna, prawda?

Pamiętam, jak pewien starszy pan — były kolejarz, z tych co mają dłonie jak z drewna — powiedział mi kiedyś: „Ja bym to wszystko spisał, tylko nie wiem od czego zacząć”. I to „od czego” jest pułapką. Bo wydaje się, że trzeba zacząć od początku. A życie przecież nie jest uporządkowane jak książka telefoniczna. Ono jest raczej jak szuflada z różnymi drobiazgami: stary klucz, zdjęcie, guzik bez pary. I może właśnie tak trzeba pisać — od guzika.

Niech to będzie jedna scena. Zapach świeżo pieczonego chleba u matki, stukot pociągu o szóstej rano, ten moment, kiedy pierwszy raz ktoś powiedział coś, co zostało na lata. Nie trzeba od razu opowiadać całego życia. Wystarczy uchwycić kawałek, a potem drugi, trzeci… i nagle robi się z tego coś więcej. Może nie książka od razu, nie oszukujmy się, ale coś, co ma ciężar.

Pisanie pamiętnika — bo o nim najczęściej myślimy — ma w sobie coś z rozmowy, tylko takiej bez przerywania. Można powiedzieć więcej, można się zawahać, można nawet zaprzeczyć samemu sobie. I dobrze. Ja bym nawet powiedział, że to konieczne. Bo kiedy wszystko jest zbyt równe, zbyt gładkie, to zaczyna brzmieć… no, podejrzanie. A życie takie nie jest. Raz się coś pamięta jasno, a raz jak przez mgłę. Raz się coś wyolbrzymi, innym razem umniejszy. I to też jest prawda.

Ktoś zapyta: a co z błędami? Ortografia, składnia, przecinki? No cóż… oczywiście, warto pisać w miarę poprawnie, ale jeśli człowiek zatrzyma się na każdym przecinku, to nigdy nie dojdzie do końca zdania. A zdania są ważniejsze niż przecinki. Przynajmniej na początku. Później można poprawić, wygładzić, poprosić kogoś młodszego, żeby rzucił okiem — oni mają świeższe spojrzenie, choć czasem aż za świeże.

Jest jeszcze jedna rzecz, o której rzadko się mówi. Wstyd. Bo kiedy zaczyna się pisać o sobie, nawet dla siebie, to nagle wychodzą rzeczy, które wcale nie są wygodne. Decyzje, których lepiej by nie było. Słowa, które się powiedziało za szybko. I wtedy ręka trochę drży. I dobrze, niech drży. To znaczy, że to coś znaczy. Nie trzeba wszystkiego publikować, nie trzeba od razu pokazywać wnukom. Ale warto zapisać, choćby po to, żeby uporządkować to w sobie.

Zdarza się też coś odwrotnego — że człowiek zaczyna i nie może przestać. Kartka za kartką, zeszyt za zeszytem. I nagle okazuje się, że pamięć jednak działa, tylko trzeba było ją trochę… rozruszać. Jak stare drzwi, które skrzypią, ale się otwierają. I za nimi jest całe życie.

A forma? Proszę bardzo, jaka się podoba. Krótkie zapiski, dłuższe opowieści, dialogi, nawet listy do kogoś, kto już nie odpowie. Nie ma jednego sposobu. Ja osobiście lubię, kiedy tekst trochę się „rozchodzi”, kiedy nie jest idealnie poukładany. Bo wtedy czuję, że ktoś naprawdę pisał, a nie tylko układał zdania jak klocki.

Na koniec — bo jakoś trzeba skończyć, choć temat się nie kończy — powiem tak: nie warto czekać na lepszy moment. Lepszego nie będzie. Zawsze będzie coś: pogoda, zdrowie, wiadomości w radiu, rachunki. Ale gdzieś między tym wszystkim jest miejsce na kilka zdań. Nawet jedno dziennie. To już coś. A potem, po czasie, te zdania zaczynają się łączyć, splatać, czasem zaskakująco.

I nagle człowiek czyta własne słowa i myśli: „to naprawdę ja?”. Tak, to naprawdę Pan, Pani. I to chyba najważniejsze. Nie książka sama w sobie, nie okładka, nie druk. Tylko to, że coś zostało zapisane. Że nie zniknęło tak po prostu, jak para z czajnika.

Obrazek na Freepik