Szukaj

Jak zadbać o zdrowie nerek po 65. roku życia?

Jak zadbać o zdrowie nerek po 65. roku życia2

Z nerkami jest tak, że człowiek przypomina sobie o nich dopiero wtedy, kiedy zaczynają marudzić. A one nie marudzą od razu – najpierw robią się ciche, trochę jak stary zegar w kuchni, który nagle przestaje tykać i dopiero po chwili orientujesz się, że czegoś brakuje. Pamiętam, jak sąsiad z dołu mówił: „Panie, ja to zawsze myślałem, że nerki to młodzi mają problem, a tu proszę”. No i właśnie. Po 65. roku życia ciało robi się… powiedzmy, bardziej wymagające. Nie gorsze, nie słabsze – tylko trzeba z nim rozmawiać inaczej.

Pierwsza rzecz, o której każdy słyszał, ale mało kto traktuje poważnie: picie wody. I wiem, zaraz ktoś powie – „ile można słuchać o tej wodzie”. Ale to nie jest jakaś moda z kolorowych gazet. Nerki naprawdę potrzebują płynu, żeby pracować bez zgrzytów. Nie chodzi o to, żeby w siebie wlewać litry na siłę. Raczej o regularność. Szklanka rano, zanim kawa zdąży się zagotować, potem w ciągu dnia, małymi łykami. Nie naraz. Nerki nie lubią pośpiechu, podobnie jak my zresztą.

Kawa swoją drogą… Nie trzeba jej odstawiać, broń Boże. Tylko może nie pięć dziennie, bo wtedy to już nie przyjemność, tylko nawyk, który ciągnie za sobą inne historie. A potem człowiek się dziwi, że coś go ciągnie w boku albo że wyniki badań jakieś takie „nie takie”.

Z jedzeniem jest podobnie. Kiedyś jadło się, co było – schabowy, ziemniaki, kapusta, i człowiek żył. I żyje nadal. Ale nerki po latach trochę gorzej radzą sobie z nadmiarem soli. A sól jest wszędzie. W chlebie, w wędlinie, nawet tam, gdzie by się człowiek nie spodziewał. Nie mówię, żeby od razu wszystko było jałowe jak papier. Tylko żeby czasem spróbować bez dosalania. Serio. Po kilku dniach smak się zmienia, jakby ktoś gałkę odkręcił w głowie.

No i ruch. Wiem, wiem – łatwo powiedzieć. Kolana bolą, kręgosłup skrzypi jak stare drzwi. Ale to nie musi być od razu nordic walking z kijkami i aplikacją w telefonie. Wystarczy spacer. Taki zwykły, do sklepu trochę dłuższą drogą, albo po obiedzie, zanim serial się zacznie. Ruch poprawia krążenie, a nerki lubią, kiedy krew krąży jak należy. To nie jest wielka filozofia, tylko… konsekwencja. A z tą bywa różnie, każdy to zna, prawda?

Często zapominamy też o badaniach. Bo „po co, skoro nic nie boli”. No właśnie – nerki długo nie bolą. I to jest ich największy podstęp. Proste badanie krwi, moczu, raz na jakiś czas – to naprawdę nie jest wielki wysiłek. A potrafi oszczędzić wielu niespodzianek. Pamiętam, jak lekarz powiedział mi kiedyś: „lepiej wiedzieć wcześniej niż żałować później”. Brzmi banalnie, ale coś w tym jest.

Są jeszcze leki. I to temat, który wielu omija szerokim łukiem. Bo przecież lekarz przepisał, to znaczy, że trzeba brać. Oczywiście, że trzeba – tylko z głową. Niektóre środki, zwłaszcza przeciwbólowe, potrafią nerki zmęczyć bardziej, niż byśmy chcieli. Warto czasem zapytać, czy na pewno wszystko jest potrzebne, czy coś można zmienić. Lekarz nie gryzie. A jak gryzie, to znaczy, że trzeba zmienić lekarza – ale to już inna historia.

I jeszcze jedna rzecz, taka trochę z boku, a jednak ważna: słuchanie własnego ciała. To nie jest żadna filozofia zen, tylko zwykła uważność. Jeśli coś się zmienia – kolor moczu, częstotliwość, jakieś obrzęki – to nie jest „bo tak wyszło”. Organizm daje znaki. Czasem subtelne, czasem mniej. Trzeba je zauważyć, zanim zrobi się z tego większa sprawa.

Na koniec powiem tak: dbanie o nerki po 65. roku życia to nie jest żaden wielki projekt ani rewolucja. To raczej seria drobnych decyzji, powtarzanych dzień po dniu. Szklanka wody, mniej soli, trochę ruchu, odrobina uwagi. Niby nic, a jednak robi różnicę. I może nie od razu, nie spektakularnie, ale z czasem – owszem. A przecież o to chodzi, żeby to „z czasem” było jak najdłuższe.

Obrazek na Freepik