Szukaj

Poradnik dla oszczędnych – jak zminimalizować koszty?

Poradnik dla oszczędnych – jak zminimalizować koszty2

Pamiętam czasy, kiedy słowo „oszczędzanie” nie było żadną modą ani życiową filozofią opisywaną w kolorowych magazynach. Po prostu się oszczędzało. Nie dlatego, że ktoś przeczytał poradnik finansowy, ale dlatego, że człowiek wiedział, iż pieniądze mają dziwną skłonność do znikania szybciej niż się pojawiają. Dziś jest trochę inaczej, a trochę wcale nie. Rachunki przychodzą regularnie, ceny w sklepach też potrafią zaskoczyć, i to raczej nieprzyjemnie.

Kiedy kilka dni temu stałem przy kasie w osiedlowym sklepie, usłyszałem rozmowę dwóch starszych pań. Jedna powiedziała: „Ja już nie wiem, gdzie te pieniądze uciekają”. Druga tylko westchnęła i pokiwała głową. Właściwie trudno o lepszy punkt wyjścia do rozmowy o oszczędzaniu.

Bo pierwsza rzecz jest może banalna, ale działa. Trzeba wiedzieć, na co wydajemy pieniądze. Tak po prostu. Nie w głowie, nie „mniej więcej”, tylko konkretnie. Wielu ludzi jest przekonanych, że wydaje niewiele na drobiazgi. Tymczasem kawa tu, gazeta tam, jakaś promocja, która okazała się niepotrzebnym zakupem. Potem człowiek patrzy na stan konta i przeciera okulary.

Nie namawiam nikogo do prowadzenia skomplikowanych tabel. Sam próbowałem. Wytrzymałem chyba osiem dni. Ale zwykły zeszyt? Czemu nie. Kilka zapisanych kwot dziennie potrafi otworzyć oczy bardziej niż niejeden program telewizyjny o finansach.

Druga sprawa to zakupy. Temat stary jak świat. I wie pan, i wie pani, co jest najciekawsze? Że większość z nas doskonale zna wszystkie zasady, a mimo to regularnie o nich zapomina. Lista zakupów. Niby nic wielkiego. Kartka papieru. A jednak potrafi uratować kilkadziesiąt złotych podczas jednej wizyty w markecie.

Sam kiedyś poszedłem po chleb i mleko. Wróciłem z zestawem śrubokrętów, które były „w bardzo dobrej cenie”. Do dziś leżą w szufladzie. Nadal nie wiem, po co mi trzeci komplet śrubokrętów.

W domu również można znaleźć sporo oszczędności. I nie chodzi od razu o siedzenie po ciemku czy zakręcanie kaloryferów do granic rozsądku. Czasem wystarczy zwrócić uwagę na rzeczy, które stały się niewidzialne przez przyzwyczajenie. Kapiący kran. Włączony telewizor, którego nikt nie ogląda. Ładowarka tkwiąca w gniazdku miesiącami. To drobiazgi, ale drobiazgi mają tendencję do tworzenia dużych sum.

Zresztą podobnie jest z jedzeniem. Temat trochę drażliwy, bo nikt nie lubi wyrzucać żywności, a jednak zdarza się to częściej, niż chcielibyśmy przyznać. Czasem znajduję w lodówce jogurt kupiony „na wszelki wypadek”. Tylko że ten wszelki wypadek nigdy nie nastąpił. Każdy to zna, prawda?

Warto też wrócić do czegoś, co kiedyś było zupełnie naturalne. Naprawiania rzeczy. Dziś wiele przedmiotów traktuje się jak jednorazowe, nawet jeśli nimi nie są. Guzik odpada od koszuli? Kupujemy nową. Lampka przestaje świecić? Od razu rozglądamy się za kolejną. A przecież często wystarczy kilka minut pracy.

Pamiętam sąsiada z mojego dawnego bloku. Potrafił naprawić niemal wszystko. Radio, krzesło, zegarek, a raz nawet dziecięcy wózek. Mówił, że najdroższą rzeczą na świecie jest wyrzucanie tego, co jeszcze może działać. Coś w tym było.

Oszczędność nie oznacza też rezygnacji z przyjemności. To ważne. Spotykam czasem ludzi, którzy traktują oszczędzanie jak rodzaj kary. Odkładają każdą złotówkę, odmawiają sobie wszystkiego, a potem chodzą poirytowani i zmęczeni własnymi wyrzeczeniami. Tylko po co?

Znacznie lepiej znaleźć równowagę. Jeśli ktoś lubi wypić kawę w kawiarni raz w tygodniu, niech ją wypije. Jeśli ktoś chce kupić książkę zamiast kolejnego przedmiotu, który będzie zbierał kurz, też dobrze. Oszczędzanie ma pomagać żyć spokojniej, nie odbierać radość z życia.

Jest jeszcze jedna rzecz, o której mówi się za rzadko. Nie warto ścigać każdej promocji. Czasem koszt dojazdu, czas poświęcony na bieganie między sklepami i zwykłe zmęczenie są warte więcej niż kilka zaoszczędzonych złotych. Wiem, że niektórzy lubią takie polowania. Mają swoje gazetki, zaznaczenia długopisem, cały plan działania. I dobrze. Ale nie dla każdego będzie to opłacalne.

A skoro już mowa o czasie – on też jest pewnym rodzajem kapitału. Im jestem starszy, tym częściej dochodzę do wniosku, że pieniądze można odzyskać. Czasu nie bardzo.

Na koniec zostawiłem może najważniejszą myśl. Oszczędność nie polega na ciągłym zaciskaniu pasa. Raczej na rozsądnym gospodarowaniu tym, co mamy. Bez przesady w jedną i drugą stronę. Nie trzeba żyć jak pustelnik ani liczyć każdej kromki chleba. Wystarczy trochę uwagi, odrobina cierpliwości i kilka dobrych nawyków.

I wtedy okazuje się, że pieniądze nie znikają już tak tajemniczo. Nadal wydajemy, nadal płacimy rachunki, nadal zdarzy się kupić coś zupełnie niepotrzebnego — mnie też się zdarza. Ale przynajmniej mamy poczucie, że to my decydujemy o swoich wydatkach, a nie one o nas. A to, zwłaszcza dziś, jest warte całkiem sporo.

Obrazek na Freepik