Jeszcze kilkanaście lat temu, jeśli chcieliśmy komuś coś powiedzieć, trzeba było zadzwonić, wpaść na kawę albo napisać list. Ten ostatni miał swoją wagę, czasem pachniał papierem z szuflady, czasem atrament rozmazywał się pod palcem. Dzisiaj wystarczy kilka ruchów kciukiem i wiadomość leci do drugiego końca Polski, a nawet świata. Wygoda ogromna, tylko że po drodze coś nam się niekiedy gubi. Ton głosu, uśmiech, to krótkie „no dobrze, rozumiem”, które w zwykłej rozmowie potrafi załagodzić niejedną sprzeczkę. W internecie zostają same słowa, a słowa, jak wiadomo, można zrozumieć na kilka sposobów.
Dlatego właśnie powstało pojęcie etykiety internetowej, nazywanej też netykietą. Brzmi trochę urzędowo, jak nazwa kolejnego regulaminu, który trzeba zaakceptować, żeby przejść dalej. W gruncie rzeczy chodzi jednak o coś dobrze nam znanego: o zwykłą kulturę osobistą. O to, żeby nie obrażać, nie przerywać, nie narzucać się i pamiętać, że po drugiej stronie ekranu siedzi człowiek. Może właśnie wrócił ze sklepu, może opiekuje się chorą żoną, a może zwyczajnie ma gorszy dzień. Skąd mamy to wiedzieć?
Wiadomości pisane mają tę wadę, że nie słychać w nich głosu. Kiedy znajomy odpisuje krótko: „Dobrze”, można pomyśleć, że jest obrażony. A może po prostu stoi na przystanku, autobus właśnie podjechał i nie ma czasu na dłuższe pisanie. Zanim więc uznamy, że ktoś zachował się niegrzecznie, warto zostawić sobie odrobinę miejsca na wątpliwość. Dotyczy to również nas samych. Nie każda wiadomość musi być długa i ozdobna, ale dobrze, jeśli wiadomo, do kogo jest skierowana i czego od tej osoby oczekujemy.
Zacznijmy od powitania. W rozmowie z bliską osobą wystarczy zwykłe „Cześć, co u ciebie?”, w wiadomości do lekarza, urzędu czy dawnego współpracownika lepiej napisać „Dzień dobry” i krótko wyjaśnić, w jakiej sprawie się kontaktujemy. Nie trzeba tworzyć listu na pół strony. Wystarczy kilka zdań, które nie zmuszają odbiorcy do zgadywania, o co właściwie nam chodzi. Samo „Witam” nie jest żadnym wielkim przewinieniem, ale w oficjalnej korespondencji bezpieczniej wypada tradycyjne powitanie. Na końcu zaś można dopisać „Pozdrawiam” albo „Z poważaniem”, zależnie od relacji.
Osobna sprawa to wielkie litery. Wiele osób używa ich, bo chce coś podkreślić albo ma po prostu taki nawyk. W internecie jednak zdanie napisane w całości WIELKIMI LITERAMI często odbierane jest jak krzyk. Nawet jeśli autor wcale nie zamierzał podnosić głosu. Podobnie z wykrzyknikami. Jeden wystarczy, dwa też nikogo nie powinny zburzyć, ale cała ich sznurówka na końcu zdania może wyglądać, jakbyśmy właśnie pokłócili się z klawiaturą. A przecież można napisać: „Bardzo mi na tym zależy” i nie trzeba od razu stawiać pięciu znaków wykrzyknienia.
Warto też uważać na żarty. Przy rodzinnym stole ciocia może powiedzieć coś z przekąsem, wszyscy się roześmieją i sprawa załatwiona. W wiadomości podobne zdanie potrafi zabrzmieć złośliwie. Pomagają emotikony, czyli małe buźki i symbole wyrażające emocje, ale nie należy oczekiwać, że załatwią wszystko. Uśmiechnięta buźka nie sprawi, że przykry komentarz nagle stanie się miły. Jeśli chcemy zażartować z kogoś, kogo słabo znamy, lepiej zastanowić się dwa razy. A jeśli sami nie rozumiemy, co ktoś miał na myśli, można po prostu zapytać. Bez awantury i bez pisania od razu trzech kolejnych wiadomości.
Jest jeszcze sprawa szybkości odpowiadania. Telefon leży na stole, ekran co chwilę mruga, a ktoś pyta, dlaczego nie odpisujemy. Niektórzy traktują komunikatory tak, jakby były domofonem: skoro wiadomość dotarła, odpowiedź powinna pojawić się natychmiast. Tymczasem nie każdy ma ochotę być dostępny przez całą dobę. Możemy przecież gotować obiad, czytać książkę, spacerować z psem albo po prostu odpoczywać. Nie ma obowiązku natychmiastowego reagowania na każdą wiadomość. Z drugiej strony, jeśli sprawa jest pilna, dobrze napisać to wyraźnie, zamiast wysyłać samo „Halo?”, a po minucie kolejne „Jesteś?”. Trochę cierpliwości nikomu jeszcze nie zaszkodziło.
W internecie łatwo również zapomnieć, że nie wszystko, co otrzymujemy, należy rozsyłać dalej. Zdjęcie wnuczki, wiadomość o problemach zdrowotnych sąsiada, prywatna rozmowa z koleżanką – to nie są materiały do dowolnego przekazywania. Zanim udostępnimy cudzą fotografię albo zacytujemy czyjeś słowa w grupie rodzinnej, zapytajmy o zgodę. Nie dlatego, że internet wymaga od nas przesadnej ostrożności, lecz dlatego, że prywatność nadal jest prywatnością. Także wtedy, gdy mieści się na ekranie telefonu.
A grupy internetowe? Tutaj potrafi się zrobić naprawdę ciekawie. Jedna osoba pyta o termin wizyty w przychodni, druga wkleja przepis na ciasto, trzecia rozpoczyna dyskusję o polityce i po chwili nikt już nie pamięta, od czego się zaczęło. Grupy rodzinne, osiedlowe czy sąsiedzkie bywają bardzo pomocne, ale dobrze trzymać się tematu. Nie każda informacja pasuje do każdego miejsca. Łańcuszki z życzeniami, dziesięć podobnych obrazków na dzień dobry i alarmujące wiadomości przesyłane bez sprawdzenia mogą męczyć innych, nawet jeśli wysyłamy je w dobrej wierze. Czasami mniej naprawdę znaczy więcej.
Szczególnej ostrożności wymagają wiadomości, które budzą strach albo obiecują coś niezwykłego. „Prześlij wszystkim, zanim usuną tę informację”, „Bank zablokuje ci konto”, „Wygrałeś nagrodę, kliknij tutaj” – takie komunikaty powinny zapalić w głowie małą lampkę ostrzegawczą. Zanim przekażemy je znajomym, sprawdźmy źródło. Nie klikajmy pochopnie w podejrzane linki, nie podawajmy haseł, numerów kart ani kodów otrzymanych SMS-em. Bank nie powinien prosić nas o ujawnienie kodu autoryzacyjnego w wiadomości. Jeśli coś wygląda dziwnie, lepiej zadzwonić do instytucji, korzystając z numeru znalezionego na jej oficjalnej stronie, a nie z danych podanych w podejrzanym komunikacie. To również element internetowej kultury: nie straszyć innych informacją, której sami nie sprawdziliśmy.
Bywa, że mimo najlepszych chęci napiszemy coś niezręcznego. Zdarza się. Telefon zmienia słowo, autokorekta potrafi zrobić z niewinnego zdania kompletną niedorzeczność, a palce nie zawsze nadążają za myślą. Jeśli popełnimy błąd, można go zwyczajnie poprawić i przeprosić. Nie trzeba się tłumaczyć przez pół godziny ani udawać, że nic się nie stało. Ważniejsze od bezbłędnej pisowni jest to, czy potrafimy rozmawiać z szacunkiem. Oczywiście, warto stawiać przecinki i sprawdzać treść przed wysłaniem, szczególnie gdy piszemy do urzędu lub w sprawie zawodowej. Ale literówka nie świadczy o człowieku, tak samo jak brak przecinka nie przekreśla jego dobrych manier.
Na koniec zostaje chyba zasada najprostsza, a zarazem najtrudniejsza: pamiętajmy, że internet nie zwalnia nas z odpowiedzialności za własne słowa. Możemy mieć inne zdanie, nie zgadzać się z sąsiadem, kuzynem czy kimś poznanym na forum. Nie musimy przytakiwać dla świętego spokoju. Wystarczy przedstawić swoje stanowisko bez wyzwisk i poniżania rozmówcy. A jeśli dyskusja zamienia się w festiwal wzajemnych pretensji, czasem najlepiej wyjść z niej bez ostatniego słowa. Nie każda kłótnia wymaga zwycięzcy.
Internet jest przecież narzędziem, nie całym życiem. Dzięki niemu możemy utrzymywać kontakt z rodziną, znaleźć sąsiada, który pożyczy drabinę, dowiedzieć się, co dzieje się w naszej dzielnicy, a nawet poznać ludzi o podobnych zainteresowaniach. Warto korzystać z tych możliwości, nie bojąc się, że popełnimy jakiś błąd. Nikt nie rodzi się z umiejętnością obsługi komunikatorów, podobnie jak nikt nie przychodzi na świat z wiedzą, jak prowadzić trudną rozmowę. Tego uczymy się latami. Dobra etykieta internetowa nie polega na znajomości wszystkich funkcji telefonu ani na pisaniu idealnych wiadomości. Chodzi o życzliwość, rozsądek i szacunek. O te same rzeczy, które przydają się podczas rozmowy przy kuchennym stole. Tyle że teraz, zamiast filiżanki herbaty, czasem trzymamy w dłoni telefon.









