Jest taki moment, kiedy człowiek przestaje oglądać filmy wyłącznie dla rozrywki. Nie wiem, czy przychodzi to równo w sześćdziesiąte urodziny, raczej nie. Może po pogrzebie kogoś bliskiego, może po przeprowadzce, a może któregoś zwyczajnego wieczoru, kiedy za oknem pada, herbata stygnie na stoliku, a telewizor znowu proponuje ten sam film sensacyjny, w którym wszyscy biegają i strzelają, choć właściwie nie wiadomo po co. Wtedy szuka się czegoś innego. Historii, która zostanie w głowie trochę dłużej niż do następnego poranka. Takiej, przy której można się pośmiać, powspominać albo zwyczajnie posiedzieć w ciszy, kiedy pojawią się napisy końcowe.
Nie znaczy to, oczywiście, że po sześćdziesiątce należy porzucić komedie, kino akcji czy kryminały. Broń Boże. Dobry film nie pyta przecież o datę urodzenia. Są jednak takie obrazy, które z upływem lat nabierają nowego znaczenia. Ogląda się je po raz drugi, czasem trzeci, i nagle człowiek zauważa coś, co wcześniej mu umknęło. W młodości kibicował bohaterowi, który rzucał wszystko i ruszał w świat. Dziś zastanawia się, czy miał dokąd wrócić i kto został w domu, żeby podlać kwiaty.
Jednym z takich filmów jest „Lepiej być nie może” z Jackiem Nicholsonem i Helen Hunt. To historia zgryźliwego, trudnego człowieka, który nie potrafi żyć z innymi, a już szczególnie nie umie okazywać uczuć. Na pierwszy rzut oka mamy komedię, momentami dość bezczelną, ale pod spodem kryje się opowieść o samotności i o tym, jak trudno czasem zmienić przyzwyczajenia. Człowiek może mieć swoje rytuały, ulubiony stolik, tę samą drogę do sklepu i przekonanie, że wszyscy dookoła działają mu na nerwy. A jednak prędzej czy później potrzebuje drugiego człowieka. Nawet jeśli początkowo wolałby się do tego nie przyznać.
Kino ma zresztą tę przewagę nad codziennością, że pozwala nam bezpiecznie zajrzeć w cudze życie. W „Thelma i Louise” Ridleya Scotta dwie kobiety wyruszają w podróż, która zmienia się w ucieczkę. To film dynamiczny, niekiedy brutalny, ale przede wszystkim o wolności, przyjaźni i odwadze, by przestać godzić się na wszystko. Nie jest to obraz wyłącznie dla kobiet ani wyłącznie dla młodych. Warto go obejrzeć również wtedy, gdy człowiek ma za sobą kilkadziesiąt lat podejmowania decyzji, z których nie wszystkie były jego własnym wyborem. Nie każdą drogę da się przejechać jeszcze raz, ale można przynajmniej zastanowić się, dlaczego skręciło się właśnie tam.
Jeśli zaś ktoś woli kino spokojniejsze, polecam „Pora umierać” Doroty Kędzierzawskiej z Danutą Szaflarską. To polski film o starszej kobiecie mieszkającej w pięknej, lecz zaniedbanej willi. Brzmi ponuro? A jednak jest w nim sporo humoru, przekory i zwyczajnej życiowej energii. Bohaterka nie zamierza znikać tylko dlatego, że świat najchętniej widziałby ją na uboczu. Ma swoje zdanie, swoje przyzwyczajenia i godność, której nie odda za nic. W dodatku film przypomina, że starość nie jest jednym wielkim smutkiem, choć bywają w niej dni trudne, czasem bardzo. Bywa też upór, złośliwy uśmiech i radość z drobiazgu. Ot, choćby z tego, że coś udało się zrobić samodzielnie, mimo że inni już dawno uznali, iż nie ma sensu próbować.
A skoro mowa o polskim kinie, warto wrócić do „Rejsu” Marka Piwowskiego. Nie jest to film o starości, ale czy musi być? Pasażerowie statku, ich dziwaczne rozmowy, absurdalne sytuacje i słynne dialogi tworzą obraz naszej codzienności, tylko trochę podkręcony. Trochę? No dobrze, czasem bardzo. Można się śmiać z urzędniczego języka, udawania kompetencji i ludzi, którzy mówią długo, żeby nie powiedzieć niczego. Po latach te sceny nie tracą aktualności, a niektóre wręcz zyskują. Kto przeżył kilka dekad, ten pewnie nieraz spotkał człowieka, który miał odpowiedź na każde pytanie, chociaż nikt nie wiedział, dlaczego właściwie go słuchamy.
Nie każdy wieczór musi jednak kończyć się refleksją nad naturą człowieka. Czasem człowiek chce po prostu poczuć, że świat nie jest taki zły. Wtedy dobrze sprawdza się „Choć goni nas czas” z Jackiem Nicholsonem i Morganem Freemanem. Dwaj mężczyźni, których dzieli niemal wszystko, spotykają się w szpitalu, gdzie dowiadują się, że zostało im niewiele czasu. Postanawiają spełnić marzenia, na które wcześniej nie było miejsca. Film potrafi wzruszyć, choć chwilami trochę za mocno naciska na emocje. Mimo to zostaje po nim ważne pytanie: ile rzeczy odkładamy na później, jakbyśmy mieli podpisaną umowę z kalendarzem? Podróż, spotkanie z przyjacielem, naukę czegoś nowego. Czekamy na odpowiednią chwilę, a ona jakoś nie nadchodzi.
O marzeniach, tylko w zupełnie innym tonie, opowiada „Sekretne życie Waltera Mitty” z Benem Stillerem. Tytułowy bohater jest człowiekiem raczej niewidocznym, spędza dużo czasu we własnych fantazjach i rzadko zdobywa się na odważne decyzje. Pewnego dnia musi jednak wyjść poza dobrze znany świat. To film o podróży, ale też o tym, że życie nie zawsze zaczyna się wtedy, gdy jesteśmy młodzi. Niekiedy zaczyna się dopiero wtedy, gdy przestajemy czekać, aż ktoś da nam pozwolenie. Nie trzeba od razu lecieć na drugi koniec świata. Czasem wystarczy pojechać do miasta, w którym nigdy się nie było, zapisać się na zajęcia albo pójść samemu do kina. Tak, samemu. Na początku może być dziwnie, ale po dziesięciu minutach nikt już nie zwraca na nas uwagi.
Warto też pamiętać o filmach, które pozwalają przyjrzeć się rodzinie bez lukru. „Mała Miss” to ciepła, nieco zwariowana opowieść o rodzinie jadącej przez Amerykę starym samochodem, aby najmłodsza z jej członkiń mogła wziąć udział w konkursie piękności. Każdy z bohaterów ma własne problemy, ambicje i słabości, a wspólna podróż wystawia ich cierpliwość na ciężką próbę. Nie jest to rodzina z reklam, gdzie wszyscy uśmiechają się przy idealnie nakrytym stole. Na szczęście. W prawdziwym domu też ktoś się obraża, ktoś mówi za dużo, ktoś trzaska drzwiami, a potem i tak trzeba zapytać, czy zrobić herbatę. Film przypomina, że bliskość nie polega na tym, iż wszyscy myślą tak samo.
Dla miłośników bardziej melancholijnych opowieści dobrym wyborem będzie „Między słowami” Sofii Coppoli. Dwoje Amerykanów spotyka się w Tokio, oboje czują się zagubieni, choć z różnych powodów. Nie dzieje się tu wiele w tradycyjnym sensie. Są rozmowy, spojrzenia, hotelowe korytarze i miasto, które nie pozwala zasnąć. A jednak film mówi o samotności w sposób, który łatwo zrozumieć także bez znajomości Japonii. Czasami nie potrzeba wielkich deklaracji, żeby poczuć z kimś więź. Wystarczy rozmowa o trzeciej nad ranem, kiedy człowiek jest zmęczony i już nie ma siły udawać, że wszystko układa się znakomicie.
Na koniec zostawiłbym sobie „Stowarzyszenie Umarłych Poetów”. To opowieść o nauczycielu, który zachęca uczniów do samodzielnego myślenia i odwagi w szukaniu własnej drogi. Można ją oglądać w różnym wieku, ale po latach szczególnie mocno wybrzmiewa pytanie, ile w naszym życiu było rzeczy naprawdę naszych, a ile zrobiliśmy dlatego, że tak wypadało. Film nie daje prostych odpowiedzi, i dobrze. Życie też ich nie rozdaje przy wyjściu z urzędu.
Nie ma jednej listy filmów odpowiednich dla wszystkich po sześćdziesiątce. Jedni będą szukać wzruszeń, inni wolą sensację, a jeszcze inni najchętniej obejrzą po raz dwudziesty ulubioną komedię. I nie ma w tym nic złego. Warto tylko czasem wyjść poza własne przyzwyczajenia, dać szansę historii, której tytułu wcześniej nawet się nie zapamiętało. Można obejrzeć film z kimś bliskim, można też samemu, w kapciach, z miską jabłek na kolanach. Bez wielkich przygotowań.
Bo dobry film nie odmładza człowieka na siłę i nie próbuje przekonać go, że najlepsze lata dopiero nadejdą. Raczej przypomina, że życie składa się z różnych etapów, a każdy ma coś do opowiedzenia. Czasem po seansie chce się zadzwonić do dawnego znajomego. Czasem człowiek siedzi jeszcze chwilę, choć telewizor już zgasł, i myśli o własnych sprawach. A czasem po prostu dobrze się bawił. I to także jest wystarczający powód, żeby następnym razem znów nacisnąć przycisk pilota.









