Szukaj

Jak pokonywać lęk przed nowym?

Jak pokonywać lęk przed nowym2

Nowe jest źle postrzegane. Kojarzy się z czymś, czego trzeba się nauczyć, załatwić, zrozumieć, a najlepiej jeszcze zrobić to szybko, zanim człowiek zdąży się przyznać, że właściwie nie wie, od czego zacząć. A przecież po sześćdziesiątce człowiek ma już prawo powiedzieć: „A po co mi to?”. Tyle że bywa i tak, że za tym pytaniem kryje się nie rozsądek, lecz zwyczajny lęk.

Widać go w drobiazgach. Ktoś dostaje nowy telefon i przez trzy tygodnie używa tylko połączeń i wiadomości, bo reszta jest „jakaś skomplikowana”. Ktoś inny nie pojedzie sam do innego miasta, choć kiedyś jeździł po Polsce z mapą samochodową rozłożoną na kolanach pasażera. Jeszcze ktoś nie zapisze się na zajęcia, bo przecież wszyscy będą młodsi, sprawniejsi, bardziej obyci. I tak odkładamy. Jutro. Od poniedziałku. Jak się zrobi cieplej. No i nagle mija rok.

Sam lęk przed nowym nie jest niczym dziwnym. Mózg lubi to, co zna. Znana trasa do sklepu, znany lekarz, ten sam fotel, ta sama gazeta przy śniadaniu. Człowiek wie, gdzie skręcić, ile mniej więcej czeka się w kolejce i że ekspedientka na rogu zawsze mówi „dzień dobry”, nawet jeśli akurat nie ma humoru. To daje poczucie bezpieczeństwa. Nowe natomiast odbiera instrukcję obsługi, a czasem także poczucie kontroli.

I chyba właśnie od tego trzeba zacząć: nie od walki z lękiem, tylko od uznania, że on jest. „Boję się” nie oznacza przecież „nie dam rady”. To są dwie zupełnie różne rzeczy. Można się bać i jednocześnie zrobić pierwszy krok. Pierwszy samochód, pierwsza praca, pierwsze mieszkanie, pierwszy bankomat, pierwsza rozmowa z kimś obcym. Człowiek wtedy też nie wiedział wszystkiego. Tylko był młodszy i może mniej miał okazji, żeby się nad tym zastanawiać.

Pomaga rozłożenie nowej rzeczy na małe kawałki. Jeśli boimy się smartfona, nie musimy od razu uczyć się bankowości internetowej, edycji zdjęć, wideorozmów i jeszcze Bóg wie czego. Najpierw jedna rzecz. Na przykład wysłanie zdjęcia córce. Potem druga. I dobrze jest zrobić to kilka razy, nawet jeśli za pierwszym razem zdjęcie pójdzie do sąsiada zamiast do córki. Trudno. Świat się od tego nie zawali, a sąsiad będzie miał dowód, że ktoś o nim pamięta.

Podobnie z wyjściem poza własne przyzwyczajenia. Chcemy zacząć ćwiczyć? Nie trzeba od razu kupować stroju sportowego za kilkaset złotych. Można przejść się dziesięć minut. Chcemy poznać nowych ludzi? Nie musimy od razu być duszą towarzystwa. Wystarczy usiąść przy stole i powiedzieć komuś „dzień dobry”.

Jest jeszcze jedna pułapka: porównywanie się z innymi. Widzimy kogoś, kto bez problemu obsługuje aplikację, podróżuje samolotem, zapisuje się na kurs hiszpańskiego i jeszcze wieczorem wrzuca zdjęcia na internet. I myślimy: „Ja tak nie potrafię”. Tylko że widzimy efekt, nie cały proces. Nie wiemy, ile razy ta osoba coś pomyliła. Nie wiemy, ile razy pytała. Nie wiemy, czy wczoraj nie siedziała przez godzinę nad jednym przyciskiem.

Warto też pozwolić sobie na pytanie: czego właściwie się boję? Bo czasem „boję się nowego” jest zbyt ogólne. Może boję się, że się ośmieszę. Że ktoś mnie skrytykuje. Że nie zrozumiem. Że będę zależny od innych. A może najbardziej boję się tego, że okaże się, iż nie jestem już tak sprawny jak dawniej. Człowiek pamięta siebie z czasów, gdy schodził po schodach po dwa stopnie, a dziś najpierw sprawdza, czy poręcz jest na miejscu. I nie ma sensu udawać, że tego nie zauważamy.

Tyle że dojrzałość ma też pewną przewagę. Wiemy już, że nie każda pomyłka jest katastrofą. Że ludzie są zajęci głównie sobą i rzadko pamiętają nasze potknięcia tak długo, jak my. Wiemy, że można zacząć coś późno. Siedemdziesiąt lat to nie jest termin ważności na życie, choć czasami reklamy i internet próbują wmówić nam coś przeciwnego. Można nauczyć się tańczyć, obsługiwać komputer, pojechać w miejsce, którego wcześniej się nie znało.

Dobrze działa mały eksperyment. Zamiast mówić sobie: „Od dziś zmieniam życie”, wybierzmy jedną nową rzecz na najbliższy tydzień. Jedną. Może nowa trasa spaceru albo lekcja czegoś, co od dawna chodzi po głowie. Ważne, żeby nie robić z tego wielkiego projektu. Im większa ceremonia, tym większa szansa, że człowiek się wycofa jeszcze przed rozpoczęciem.

I jeszcze coś, o czym rzadko się mówi: lęk często maleje dopiero po działaniu, a nie przed nim. Czekamy, aż poczujemy się pewnie, żeby ruszyć. Tymczasem pewność siebie nieraz pojawia się dopiero po kilku próbach. Najpierw jest drżenie ręki, potem trochę mniej drżenia, potem już tylko irytacja, że znowu trzeba kliknąć w ten sam przycisk. A potem nagle umiemy.

Nie chodzi więc o to, żeby przestać się bać. To chyba nierealne i zresztą niepotrzebne. Lęk czasem ostrzega nas przed głupim pomysłem i bardzo dobrze. Chodzi raczej o to, żeby nie oddawać mu całego kierownictwa nad własnym życiem. Można powiedzieć: „Dobrze, boję się. Ale sprawdzę”. Zrobić krok, zobaczyć, co się stanie. Potem następny.

Bo nowe nie zawsze przynosi coś wielkiego. Czasem przynosi tylko nową ulicę, którą wcześniej omijaliśmy. Czasem rozmowę przy kawie. Czasem umiejętność, z której korzystamy raz na miesiąc. Ale bywa, że otwiera drzwi, o których nawet nie wiedzieliśmy. A szkoda byłoby całe życie siedzieć po właściwej stronie tylko dlatego, że klamka wyglądała trochę inaczej niż zwykle.

Obrazek na Magnific