Szukaj

Sztuka gościnności – przyjmowanie bliskich w domu

Sztuka gościnności – przyjmowanie bliskich w domu2

Są takie wizyty, na które człowiek czeka od kilku dni, a kiedy wreszcie rozlega się dzwonek do drzwi, zaczyna nerwowo poprawiać poduszki na kanapie. Zupełnie bez sensu, bo przecież goście przyszli do nas, a nie do katalogu wnętrz. A jednak. Zerkamy, czy na stole nie zostały okruszki, czy ręczniki w łazience są świeże, czy gdzieś w kącie nie stoi reklamówka, którą od trzech dni mieliśmy wynieść. Gościnność ma w sobie coś z przygotowywania przedstawienia, tylko przedstawienie jest dla ludzi, których znamy od lat i którzy doskonale wiedzą, że mamy bałagan.

Z wiekiem chyba trochę inaczej patrzymy na przyjmowanie gości. Kiedyś człowiek chciał pokazać, że ma wszystko: ciasto, sałatkę, pieczeń, kawę w porcelanowej filiżance, może jeszcze coś „na wszelki wypadek”. Dzisiaj coraz częściej dochodzę do wniosku, że najlepszym gospodarzem jest ten, przy którym gość może zdjąć marynarkę, usiąść wygodnie i nie czuje się jak na egzaminie. Bo dom nie jest restauracją. I całe szczęście.

Pamiętam jeszcze czasy, kiedy wizyta rodziny oznaczała prawie całodzienną produkcję. Od rana gotowanie, krojenie, mieszanie, pieczenie. W kuchni gorąco, okno zaparowane, radio grało gdzieś pod sufitem, a gospodyni co chwilę wołała: „Nie wchodźcie jeszcze, bo wszystko stygnie!”. Potem na stole pojawiało się tyle jedzenia, że można by nakarmić pół klatki schodowej. Goście oczywiście mówili, że „nie trzeba było tyle robić”, po czym jedli. No bo jakże inaczej.

Dziś nie zawsze mamy ochotę, siłę albo zdrowie, żeby przygotowywać ucztę dla ośmiu osób. I nie ma w tym żadnego powodu do wstydu. Można zrobić zupę, prostą sałatkę, postawić pieczywo, sery, coś słodkiego. Można nawet poprosić bliskich, żeby przynieśli ciasto. To nie ujmuje gospodarzowi. Przeciwnie, czasem wspólne przynoszenie jedzenia sprawia, że spotkanie staje się bardziej rodzinne. Jedna osoba przynosi sernik, druga śledzie, ktoś jeszcze pojawia się z butelką soku albo własnym chlebem. I nagle stół jest pełniejszy, ale nie dlatego, że ktoś spędził sześć godzin przy garnkach.

Ważniejsza od jedzenia jest atmosfera. Brzmi banalnie? Pewnie tak, ale banały mają tę przykrą cechę, że często są prawdziwe. Gość pamięta, czy gospodarz cały czas biegał do kuchni, sprawdzał piekarnik i przepraszał za niedoskonałości, czy może usiadł razem z nim i spokojnie wypił herbatę. Pamięta rozmowę. Śmiech. Czasem nawet tę niezręczną ciszę, która po kilku minutach przestaje być niezręczna.

Dobrze jest też przygotować dom tak, żeby goście nie musieli o wszystko pytać. W łazience powinien być ręcznik, w przedpokoju miejsce na płaszcz, a jeśli ktoś zostaje na noc – warto wcześniej pomyśleć o pościeli, dodatkowym kocu i lampce, którą można zapalić bez szukania kontaktu po omacku. Niby drobiazgi. Ale właśnie z drobiazgów składa się wygoda. Człowiek po sześćdziesiątce czy siedemdziesiątce doskonale wie, że niewygodne krzesło potrafi zepsuć nawet najlepszą rozmowę. Kolano też ma swoje zdanie i, niestety, zwykle wypowiada je głośniej niż gospodarz.

Warto pamiętać, że nie każdy gość potrzebuje tego samego. Jedni lubią siedzieć przy stole do późna, inni po dwóch godzinach zaczynają zerkać na zegarek. Ktoś chętnie opowie o wnukach, ktoś inny będzie chciał porozmawiać o książce, filmie albo polityce – i wtedy trzeba uważać, bo rodzinna kolacja może nagle zamienić się w posiedzenie komisji śledczej. Czasem lepiej zmienić temat. Nie każda różnica zdań musi zostać rozwiązana przed deserem.

Sztuka gościnności polega również na tym, żeby nie zmuszać nikogo do zabawy. To ważne szczególnie wtedy, gdy odwiedzają nas starsi znajomi albo krewni, którzy nie mają już tej samej energii co dawniej. Nie trzeba organizować atrakcji. Nie trzeba wymyślać gier, tematów ani programu wieczoru. Można usiąść przy stole, posłuchać, co u kogo słychać, powspominać. Czasem ktoś przyniesie stare zdjęcia i nagle zwykła niedzielna kawa przeciąga się do wieczora. „A pamiętasz, gdzie to było?”. „Zobacz, jaki miałeś wtedy płaszcz”. I już. Nikt nie planował tej rozmowy, a jednak właśnie ona zostaje w pamięci.

Jest jeszcze jedna rzecz, o której rzadko się mówi. Gospodarz też ma prawo się zmęczyć. Jeżeli przygotowanie wizyty kosztuje nas tyle nerwów, że po wyjściu ostatniego gościa marzymy tylko o tym, żeby zamknąć się w łazience i przez pół godziny nie słyszeć własnego imienia, to chyba coś poszło nie tak. Dom powinien być miejscem spotkania, nie miejscem pracy na dodatkową zmianę. Można powiedzieć: „Zrobię prostą kolację, dobrze?”. Można też zakończyć spotkanie wcześniej. „Słuchajcie, ja już trochę opadam z sił”. Bliscy powinni to zrozumieć. A jeśli nie rozumieją, to może problem nie leży w gospodarzu.

Zresztą najlepsze wizyty rzadko są perfekcyjne. Kawa czasem się kończy. Ciasto może być trochę przypalone od spodu. Ktoś rozleje kompot na obrus. Dziecko wyciągnie z szuflady rzeczy, których nie powinno wyciągać, a pies będzie przez pół godziny zainteresowany jednym gościem bardziej niż całą resztą rodziny. I bardzo dobrze. Dom żyje wtedy naprawdę. Sterylna doskonałość jest dobra na zdjęciu w czasopiśmie, ale człowiek chce jednak usiąść gdzieś, gdzie pachnie obiadem, gdzie słychać czajnik i gdzie gospodarz nie przeprasza co pięć minut za to, że na półce stoi kurz.

Podsumowując, gościnność nie jest konkursem na najbardziej wystawny stół ani sprawdzianem z prowadzenia domu. Jest raczej prostym komunikatem: dobrze, że jesteś, cieszę się, że przyszedłeś. Można go wyrazić talerzem z ciastem, ale równie dobrze kubkiem zwyczajnej herbaty lub przysuwając komuś krzesło. Można też niczego nie mówić i po prostu słuchać.

Po latach chyba właśnie tego uczymy się najlepiej. Że bliskość nie potrzebuje białego obrusu, sześciu rodzajów sałatek i mieszkania wysprzątanego aż po ostatnią fugę. Potrzebuje czasu. Ciepła. Odrobiny luzu. I miejsca przy stole. Reszta naprawdę może poczekać.

Obrazek na Magnific