Szukaj

Jak radzić sobie z krytyką i negatywnymi opiniami?

Jak radzić sobie z krytyką i negatywnymi opiniami2

Krytyka potrafi przyjść znienacka. Czasem jest to jedno zdanie rzucone przy stole: „Znowu zrobiłeś po swojemu”. Czasem komentarz w internecie, napisany przez człowieka, którego nawet nie znamy, a jednak przez pół dnia chodzi za nami jak mucha po kuchni. Bywa też gorzej: krytykuje nas ktoś bliski. I wtedy nawet zwykłe „nie masz racji” potrafi zaboleć bardziej, niż powinno.

Z wiekiem człowiek, przynajmniej teoretycznie, powinien być odporniejszy. Tyle już przecież słyszeliśmy. Że się nie nadajemy. Że przesadzamy. Że inni zrobiliby to lepiej. Jednak odporność na cudze opinie nie przychodzi automatycznie z metryką. Można mieć siedemdziesiąt lat i nadal zrobi się przykro po jednym zdaniu wypowiedzianym przez kogoś, kto akurat mógł mieć zły dzień.

Najważniejsze jest chyba to, żeby nie traktować każdej krytyki jak wyroku. To tylko opinia. Czasem trafna, czasem częściowo trafna, a czasem zwyczajnie głupia. Problem w tym, że kiedy krytyka dotyka czegoś, na czym nam zależy, trudno zachować chłodny osąd. Syn mówi: „Tato, za bardzo się wszystkim przejmujesz”. Córka zauważa, że mama znowu coś zrobiła bez konsultacji. Sąsiad komentuje ogródek. I nagle człowiek zamiast słyszeć jedno zdanie, słyszy całe archiwum rodzinnych uwag.

Warto wtedy zrobić rzecz prostą: nie odpowiadać od razu. To trudniejsze, niż brzmi. Zwłaszcza kiedy język już jest gotowy, a w głowie mamy pięć odpowiedzi. Najlepiej tej piątej nie wypowiadać. Ani pierwszej. Można napić się herbaty, przejść do drugiego pokoju, umyć kubek stojący od rana przy zlewie. Drobna przerwa robi czasem więcej niż najbardziej rozsądny poradnik.

Po chwili warto zapytać: co właściwie usłyszałem? Nie „czy mnie obrażono?”, ale konkretnie: co ta osoba powiedziała? „Jesteś nieodpowiedzialny” jest oceną człowieka. „Spóźniłeś się i nie zadzwoniłeś” jest informacją o zachowaniu. Z pierwszym trudno coś zrobić, z drugim już można. Można przeprosić, wyjaśnić, zmienić coś albo powiedzieć: „Nie zgadzam się”. Każda z tych odpowiedzi może być uczciwa.

Nie każda krytyka zasługuje zresztą na analizę. Są ludzie, którzy krytykują z przyzwyczajenia. Wszystko im przeszkadza. Za głośno, za cicho, za późno, za wcześnie. Kiedyś spotkałem człowieka, który potrafił narzekać na pogodę, a gdy po tygodniu deszczu wyszło słońce, narzekał, że za ostre. Trudno zbudować poczucie własnej wartości na opinii takiego człowieka. To jak ustawianie mebli według wskazówek kogoś, kto sam nie wie, gdzie jest ściana.

Szczególnie ostrożnie trzeba podchodzić do krytyki w internecie. Jedno zdanie pod zdjęciem czy wpisem może zepsuć humor na cały wieczór. Osoba po drugiej stronie ekranu nie zna naszego życia, nie wie, z czym się zmagaliśmy, ile razy próbowaliśmy. Widzi kawałek. Czasem bardzo mały kawałek. I na jego podstawie wydaje sąd. No bo jakże inaczej, skoro internet aż się o to prosi.

Nie oznacza to jednak, że należy zamknąć uszy na wszystko, co nie jest pochwałą. Jeśli kilka osób, niezależnie od siebie, zwraca nam uwagę na tę samą rzecz, dobrze się zatrzymać. Nie po to, żeby się biczować, ale żeby sprawdzić, czy nie ma w tym prawdy. Można być dojrzałym i jednocześnie zwyczajnie się mylić. Umiejętność powiedzenia „rzeczywiście, tu chyba popełniłem błąd” jest jedną z najwygodniejszych rzeczy, jakie można sobie w życiu podarować.

Jest jeszcze jeden rodzaj krytyki, chyba najtrudniejszy: ta, którą sami sobie urządzamy. Cudze słowa przemijają, a własny głos potrafi zostać na długo. „Trzeba było zrobić inaczej”. „Po co się odzywałem?”. „Mogłem wcześniej zauważyć”. Każdy to zna, prawda? Tyle że z perspektywy czasu wszystko wydaje się prostsze. Dziś wiemy to, czego wtedy nie wiedzieliśmy. Nieuczciwie wymagać od dawnego siebie wiedzy, którą zdobyliśmy później.

Dlatego dobrze jest rozdzielać odpowiedzialność od winy. Jeśli coś zrobiliśmy źle, możemy ponieść konsekwencje, przeprosić, naprawić, wyciągnąć wnioski. Ale nie ma sensu nosić jednej pomyłki jak kamienia w kieszeni przez następne dziesięć lat. Życie i tak ma swoje ciężary. Po co dokładać sobie jeszcze cudze zdania, zwłaszcza te wypowiedziane w złości?

W relacjach z bliskimi pomaga zwykłe powiedzenie: „To, co mówisz, jest dla mnie ważne, ale sposób, w jaki to mówisz, mnie rani”. To nie jest słabość. To postawienie granicy bez trzaskania drzwiami. Czasem druga osoba nie zdaje sobie sprawy, jak zabrzmiała. Czasem zdaje sobie doskonale sprawę i wtedy przynajmniej wiemy, na czym stoimy.

Z czasem chyba coraz mniej potrzebujemy, żeby wszyscy nas lubili. I całe szczęście. To bardzo wyczerpujące zajęcie, a pensji nie ma. Można natomiast próbować żyć tak, żeby wieczorem spokojnie usiąść przy stole. Zrobić herbatę, włączyć wiadomości albo przeciwnie — wyłączyć telewizor, bo ile można. I pomyśleć: zrobiłem dziś tyle, ile mogłem. Nie wszystko idealnie. Nie zawsze rozsądnie. Ale najlepiej, jak umiałem.

Krytyka będzie nam towarzyszyć. Nie da się jej całkiem uniknąć, chyba że zamkniemy się w domu i przestaniemy rozmawiać z ludźmi, a to byłaby dość ponura forma spokoju. Możemy jednak zdecydować, które słowa zatrzymamy, a które zostawimy za drzwiami. Te pierwsze niech nas czegoś nauczą. Drugie niech sobie idą. Nie każda opinia musi być naszym problemem.

I może właśnie to jest z wiekiem najcenniejsze: nie to, że przestajemy się przejmować, ale że coraz lepiej wiemy, czym naprawdę warto się przejmować. Czasem krytyka coś nam pokazuje. Czasem tylko przechodzi obok. A czasem trzeba po prostu postawić kubek na stole, westchnąć i pomyśleć: dobrze, nie muszę się z tym zgadzać. I już.

Obrazek na Magnific