Szukaj

Słuch po 60-tce – kiedy warto udać się do specjalisty?

Słuch po 60-tce – kiedy warto udać się do specjalisty2

Człowiek często orientuje się, że gorzej słyszy, dopiero wtedy, kiedy ktoś trzeci zwróci mu na to uwagę. „Tato, przecież mówię do ciebie”. „Mamo, wyłącz ten telewizor, bo aż dudni”. A my, oczywiście, słyszymy. Tylko że jakoś mniej wyraźnie. Telewizor rzeczywiście gra trochę głośniej, ale przecież sąsiedzi też mają telewizor i nikt nie robi z tego rodzinnej narady.

Z wiekiem słuch może się pogarszać. To dość częste, ale nie oznacza, że trzeba się z tym po prostu pogodzić. Tym bardziej że niedosłuch nie zawsze zaczyna się od wielkich problemów. Czasem to tylko kłopot ze zrozumieniem rozmowy w restauracji, na imieninach, w autobusie, gdzie silnik warczy, a człowiek obok mówi coś ważnego. Kiwa się wtedy głową, uśmiecha, a w środku myśli: „Nie mam pojęcia, o czym on mówi”. Każdy to zna, prawda?

Warto odróżnić zwykłe, chwilowe zatkanie ucha od sytuacji, w której słyszymy coraz gorzej przez tygodnie czy miesiące. Woskowina może zablokować przewód słuchowy i dawać wrażenie, jakby ktoś przyłożył do ucha poduszkę. Czasem przyczyną jest infekcja, stan zapalny albo zalegająca woda. Ale bywa też tak, że problem dotyczy ucha wewnętrznego i związanych z wiekiem zmian w narządzie słuchu. Tego już nie da się rozwiązać patyczkiem kosmetycznym, choć niejeden z nas próbował. I właśnie patyczki, używane zbyt głęboko, potrafią narobić więcej szkody niż pożytku.

Kiedy więc warto umówić się do specjalisty? Przede wszystkim wtedy, gdy coraz częściej prosimy innych o powtórzenie zdania. Nie raz, po prostu, bo ktoś mówi niewyraźnie. Chodzi o sytuację, która zaczyna się powtarzać. Jeśli podczas rozmowy w kilka osób rozumiemy tylko połowę, jeśli głosy kobiet i dzieci stają się trudniejsze do uchwycenia, jeśli dźwięk dochodzący z telewizora jest wyraźny, ale słowa już niekoniecznie — to są sygnały, których lepiej nie zbywać machnięciem ręki.

Podobnie jest z telefonem. Dawniej rozmawialiśmy długo, czasem aż bateria padała. Dziś ktoś dzwoni, a my odruchowo przechodzimy do cichszego pokoju, przykładamy telefon mocniej do ucha i prosimy: „Mów wolniej”. Nie zawsze chodzi o słuch, rzecz jasna, ale jeśli problem się nasila, dobrze to sprawdzić. Słuch nie jest luksusem. Jest narzędziem codziennego życia, tak samo jak wzrok, pamięć do numeru PIN czy sprawne kolana przy schodzeniu z autobusu.

Pierwszym krokiem może być wizyta u lekarza rodzinnego. Lekarz obejrzy ucho, zapyta o objawy i w razie potrzeby skieruje do laryngologa. Specjalista może ocenić, czy przyczyną jest zatkanie przewodu słuchowego, stan zapalny, uszkodzenie błony bębenkowej czy zmiany związane z wiekiem. Często wykonywane jest badanie słuchu, czyli audiometria. To nic strasznego. Siedzi się w słuchawkach i naciska przycisk, kiedy usłyszy się dźwięk. Czasem dźwięk jest tak cichy, że człowiek zaczyna się zastanawiać, czy to jeszcze badanie, czy już próba cierpliwości. Ale właśnie dzięki temu można dość dokładnie określić, jakie dźwięki słyszymy dobrze, a z którymi mamy kłopot.

Ważne, żeby nie odkładać takiej wizyty na bliżej nieokreślone „kiedyś”. Niedosłuch często rozwija się powoli, więc można się do niego przyzwyczaić. Zaczynamy czytać z ruchu ust, domyślać się końcówek zdań, udawać, że wszystko jest jasne. W efekcie coraz rzadziej zabieramy głos w rozmowie, bo nie chcemy palnąć czegoś nie na temat. Na spotkaniu rodzinnym siedzimy trochę z boku. W kawiarni wybieramy stolik pod ścianą, bo tam ciszej. Niby drobiazgi, a jednak z takich drobiazgów składa się dzień.

Niektórzy obawiają się aparatu słuchowego. Kojarzy się im z czymś dużym, widocznym, niewygodnym, może nawet z przyznaniem się do starości. Tymczasem współczesne aparaty bywają niewielkie, dyskretne i znacznie bardziej zaawansowane niż te sprzed kilkunastu czy kilkudziesięciu lat. Oczywiście nie każdy potrzebuje aparatu. Czasem wystarczy usunięcie woskowiny, leczenie przyczyny albo odpowiednie postępowanie zalecone przez specjalistę. Ale jeśli aparat jest potrzebny, nie ma powodu traktować go jak porażki. Okulary też nosimy, kiedy bez nich gazeta zaczyna przypominać szyfr.

Są jednak sytuacje, w których nie należy czekać na spokojną wizytę za dwa tygodnie. Nagła utrata słuchu, szczególnie w jednym uchu, wymaga pilnej konsultacji lekarskiej. Tak samo silny ból ucha, wyciek, zawroty głowy połączone z zaburzeniami słuchu czy nagłe, wyraźne pogorszenie słyszenia. W takich przypadkach czas może mieć znaczenie. Nie warto wtedy szukać domowych sposobów w internecie ani liczyć, że „samo przejdzie”. Czasem przechodzi, ale czasem nie.

Dobrze też pamiętać o ochronie słuchu. Głośne koncerty, praca przy hałaśliwych urządzeniach, wielogodzinne słuchanie muzyki przez słuchawki — to wszystko może mieć znaczenie również po sześćdziesiątce. Nie chodzi o to, żeby nagle żyć w absolutnej ciszy. Cisza bywa zresztą podejrzana, zwłaszcza kiedy człowiek mieszka przy ruchliwej ulicy. Chodzi raczej o rozsądek: ściszyć, zrobić przerwę, użyć ochronników, jeśli sytuacja tego wymaga.

I jeszcze jedno. Warto powiedzieć rodzinie wprost, że słuch zaczyna szwankować. Bez żartów z samego siebie, jeśli akurat nie mamy na nie ochoty. Można poprosić, żeby mówić twarzą do nas, nie z drugiego końca kuchni, nie przez zamknięte drzwi i nie jednocześnie z włączonym okapem. To nie jest przesada. Dobra komunikacja wymaga czasem drobnej zmiany przyzwyczajeń po obu stronach.

Słuch po sześćdziesiątce może się zmieniać, ale nie musi oznaczać wycofania z życia. Warto reagować, zanim rozmowy zaczną męczyć, spotkania przestaną cieszyć, a telefon będzie urządzeniem, którego człowiek unika. Wizyta u laryngologa czy badanie słuchu nie jest powodem do wstydu. To zwykła troska o siebie — taka sama jak kontrola ciśnienia, wzroku czy poziomu cukru. Im wcześniej sprawdzimy, co się dzieje, tym więcej możliwości pozostaje. A przecież dobrze jest nadal słyszeć nie tylko wiadomości w telewizji, lecz także śmiech wnuków, szelest liści na podwórku i to charakterystyczne „chodź, herbata już gotowa”. Tego szkoda byłoby przegapić.

Obrazek na Magnific