Emerytura ma tę dziwną właściwość, że człowiek przez pierwsze tygodnie cieszy się głównie z tego, że nie musi nigdzie iść. Budzik milczy, kawa smakuje jakby lepiej, a kiedy o dziewiątej rano ktoś pyta, czy dziś też do pracy, można odpowiedzieć: „Nie”. I to „nie” jest przyjemne. Bardzo.
Potem jednak przychodzi poniedziałek, wtorek, środa. Nagle wszystkie dni robią się trochę podobne. Człowiek posprząta, zrobi zakupy, obejrzy wiadomości, zadzwoni do córki albo syna. Może jeszcze przejdzie się do piekarni, choć chleb jest w domu. I zaczyna się myśl: dobrze, ale co teraz? Nie chodzi o to, żeby od razu zdobywać medale, zakładać firmę czy udowadniać światu, że emerytura to druga młodość. Czasem wystarczy znaleźć coś, na co czeka się od rana.
Najgorsze, co można sobie wtedy powiedzieć, brzmi: „Ja już jestem za stary na nowe rzeczy”. To zdanie ma w sobie coś z zamykania drzwi przed samym sobą. Owszem, kolana mogą nie pozwalać na maraton, oczy szybciej się męczą, a pamięć… no, pamięć czasem robi sobie wolne bez pytania. Ale pasja nie musi być wyczynem. Nie musi nawet wyglądać poważnie. Można przecież zbierać stare przepisy, uczyć się fotografować telefonem, hodować pomidory na balkonie albo próbować rozpoznawać ptaki po tym, jak wrzeszczą o szóstej rano.
Warto zacząć od rzeczy, które już kiedyś człowieka interesowały. Może w młodości chciało się grać na gitarze, ale zawsze było „później”, bo praca, dzieci, remont, teściowa, kredyt i jeszcze samochód, który akurat wtedy postanowił umrzeć. Później potrafi trwać czterdzieści lat. Teraz można wrócić do tej gitary. Nie trzeba od razu grać koncertu pod oknem. Na początek wystarczy nauczyć się trzech akordów i nie zniechęcić się, kiedy palce bolą, a kot wychodzi z pokoju.
Dobrym tropem są też czynności, przy których czas znika. To ważniejsze, niż się wydaje. Jeśli ktoś przez godzinę układa puzzle i dopiero po fakcie zauważa, że herbata wystygła, to już jest jakiś znak. Jeśli majsterkowanie przy starej lampce kończy się rozkręceniem trzech innych urządzeń, których nikt nie prosił ruszać, również. Pasja często nie przychodzi z fanfarami. Raczej przysiada obok, trochę nieśmiało, i mówi: spróbuj jeszcze raz.
Nie trzeba szukać daleko. W wielu miejscowościach działają uniwersytety trzeciego wieku, domy kultury, biblioteki i kluby seniora. Nazwy bywają oficjalne, ale w środku zwykle są zwykli ludzie: ktoś przynosi ciasto, ktoś narzeka na pogodę, ktoś zna wszystkie plotki z osiedla. I bardzo dobrze. Na zajęciach z języka angielskiego można nauczyć się nie tylko słowa „window”, lecz także tego, że pani z drugiego rzędu ma podobny problem z wnukiem jak my. Na gimnastyce człowiek odkrywa, że mięśnie istnieją również poza wspomnieniem z czasów szkoły.
Oczywiście, nie każdy ma ochotę chodzić do grupy. Są osoby, które najlepiej czują się same, przy stole, z książką albo narzędziami. I to też jest w porządku. Hobby nie musi być społeczne, żeby było wartościowe. Czytanie historii rodzinnej, pisanie wspomnień, malowanie akwarelami, szydełkowanie, modelarstwo, gotowanie dań z dzieciństwa – każda z tych rzeczy może stać się małym, codziennym punktem zaczepienia. A jeśli przy okazji powstanie krzywy szalik albo zupa przesolona jak Bałtyk, trudno. Następnym razem będzie lepiej.
Czasem przeszkodą nie jest brak pomysłu, tylko przekonanie, że trzeba wybrać od razu tę jedną, właściwą pasję. Jakbyśmy podpisywali umowę na resztę życia. Tymczasem można testować. Przez miesiąc fotografia, przez dwa tygodnie ogródek, potem historia lokalna. Można zrezygnować. Dorosły człowiek ma prawo powiedzieć: to nie dla mnie. Nie każda próba musi kończyć się sukcesem, a już na pewno nie każda musi być publikowana w internecie. Nie wszystko trzeba pokazywać, oceniać, porównywać.
Właśnie internet bywa tu trochę zdradliwy. Widzimy ludzi, którzy po sześćdziesiątce przebiegli maraton, wydali książkę, nauczyli się chińskiego i zbudowali domek na drzewie. Człowiek patrzy i myśli, że chyba źle wykorzystuje czas, bo on dziś tylko umył okno. Tylko że cudze życie jest zawsze starannie wykadrowane. Nie widać bólu pleców, rachunków, gorszego dnia ani tego, że domek na drzewie przecieka. Lepiej porównywać się z sobą sprzed miesiąca niż z kimś z ekranu.
Nowa pasja może też pomóc po cichu poukładać codzienność. Kiedy mamy zajęcia w środę, ogród do podlania w czwartek, a w sobotę spotkanie klubu szachowego, tydzień przestaje być bezkształtną masą. Pojawiają się małe terminy. To nie jest już „jakoś zleci”, tylko „muszę przygotować nasiona” albo „nie mogę zapomnieć zeszytu”. Niby niewiele, a jednak człowiek czuje, że coś od niego zależy. I że nadal się uczy. To uczucie nie ma metryki.
Trzeba tylko uważać, by hobby nie stało się kolejnym obowiązkiem. Jeśli haftowanie zaczyna przypominać pracę na akord, a jazda na rowerze wywołuje wyrzuty sumienia, bo dziś było tylko pięć kilometrów, warto odpuścić. Pasja ma dawać energię, nie wystawiać rachunek. Można robić coś wolno. Można być początkującym. W wieku dwudziestu lat człowiek często wstydzi się, że czegoś nie umie. W wieku sześćdziesięciu pięciu powinien już wiedzieć, że nieumiejętność jest po prostu początkiem.
Na koniec najważniejsze: nie czekajmy na idealny moment. Nie będzie idealnego mieszkania, idealnej pogody, idealnego zdrowia ani wolnego całego dnia. A przecież życie nie składa się wyłącznie z rzeczy pilnych. Czasem dobrze zrobić coś tylko dlatego, że sprawia przyjemność. Posadzić lawendę, choć nie wiadomo, czy wzejdzie. Zapisać się na lekcję tańca, choć nogi pamiętają głównie chodzenie po zakupy. Otworzyć książkę, której nie rozumiemy od razu.
Emerytura nie musi być pustą przestrzenią po pracy. Może być miejscem, w którym wreszcie pojawia się coś własnego, nieprzydzielonego przez szefa, rodzinę czy kalendarz. A jeśli pierwsza próba okaże się niewypałem? Trudno. Jutro można spróbować czegoś innego. I może właśnie to jest najlepsza pasja na ten czas: ciekawość, która jeszcze nie powiedziała ostatniego słowa.









