Promocja. Rabat. Cena specjalna. Drugi produkt za pół ceny. Człowiek wchodzi do sklepu po mleko, a wychodzi z trzema ręcznikami, kawą, której wcześniej nie pił, i jakimś urządzeniem do krojenia warzyw. Bo było taniej. Tylko czy rzeczywiście zaoszczędziliśmy?
To pytanie warto sobie czasem zadać, szczególnie dziś, kiedy promocje są właściwie wszędzie. W gazetce, w telefonie, na wielkim czerwonym plakacie przy wejściu, nawet przy kasie. „Tylko do niedzieli!”. „Ostatnia szansa!”. „-40 procent!”. Człowiek patrzy i ma wrażenie, że jeśli nie kupi właśnie teraz, to za chwilę ktoś zamknie przed nim drzwi do krainy dobrobytu. A przecież nie zamknie. Sklep będzie jutro. I pojutrze też.
Najprostsza zasada jest, moim zdaniem, trochę staromodna: promocja ma sens wtedy, kiedy i tak zamierzaliśmy coś kupić. Jeżeli potrzebujemy proszku do prania, a akurat jest przeceniony, bardzo dobrze. Jeżeli kupujemy buty na zimę i znajdujemy dobrą parę w niższej cenie – jeszcze lepiej. Problem zaczyna się wtedy, gdy rabat staje się powodem zakupu, a nie jego miłym dodatkiem.
„Nie potrzebuję, ale szkoda nie wziąć” – ile razy człowiek tak sobie powiedział? Ja przynajmniej znam ten mechanizm aż za dobrze. Szczególnie przy jedzeniu. Ser żółty przeceniony o 30 procent. Wziąć? Oczywiście. Tylko że w lodówce już leży kawałek sera, który patrzy na nas niemym wyrzutem od czterech dni. Promocja promocją, a później człowiek wyrzuca jedzenie. Oszczędność wyszła dość osobliwa.
Warto też nauczyć się patrzeć na cenę, a nie na wysokość rabatu. To niby oczywiste, ale właśnie na tej prostocie sklepy potrafią ugrać sporo. Produkt kosztował 19,99 zł, potem jego cena wzrosła, a następnie pojawia się wielki napis „-30%”. I nagle mamy poczucie okazji. Tymczasem najlepiej sprawdzić cenę za kilogram, litr, metr czy sztukę. Zwłaszcza przy większych zakupach. Opakowanie może być większe, kolorowe i bardzo przekonujące, ale jeśli za kilogram wychodzi drożej niż za mniejsze opakowanie obok, to cała ta promocja robi się trochę podejrzana.
Są też promocje typu „3 w cenie 2”. Tutaj trzeba zachować szczególną ostrożność. Jeśli kupujemy trzy rzeczy, których faktycznie używamy – dobrze. Jeśli jednak potrzebujemy jednej, a pozostałe dwie mają przez pół roku zajmować miejsce w szafce, to nie jest oszczędność. To raczej wcześniejsze wydanie pieniędzy. Czasem nawet wydanie większej ilości pieniędzy niż planowaliśmy. Niby człowiek dostał coś „za darmo”, a portfel tego jakoś nie zauważył.
Dobrym zwyczajem jest robienie zakupów z listą. Tak, wiem, brzmi trochę jak rada z poradnika dla wzorowych gospodarzy, którzy mają wszystko zapisane w notesie i nigdy nie zapominają pietruszki. Życie wygląda inaczej. Lista jednak naprawdę pomaga. Zwłaszcza gdy robimy większe zakupy. Można ją mieć na kartce, w telefonie albo – jak kto woli – na odwrocie starego rachunku. Ważne, żeby przed wejściem do sklepu wiedzieć mniej więcej, po co tam idziemy.
Przy większych wydatkach warto dać sobie czas. Telewizor, lodówka, odkurzacz, telefon, meble – to nie są rzeczy, które trzeba kupować dlatego, że reklama mówi „dzisiaj”. Jeśli produkt jest przeceniony tylko przez kilka godzin, a zakup kosztuje kilkaset czy kilka tysięcy złotych, dobrze zapalić sobie małą lampkę ostrzegawczą. Dobra okazja nie powinna wymagać paniki.
Czasem wystarczy też porównać ceny w dwóch albo trzech miejscach. Internet bardzo to ułatwił, choć ma też swoje pułapki. Można znaleźć ten sam model w kilku sklepach, sprawdzić cenę dostawy, warunki zwrotu i opinie. Tylko nie trzeba porównywać przez trzy godziny ceny czajnika za 79 zł. Są rzeczy, w których szkoda własnego czasu. To też jest pewnego rodzaju oszczędzanie.
Trzeba uważać na programy lojalnościowe. Karta stałego klienta może dawać rzeczywiste korzyści, ale czasami człowiek zaczyna kupować w konkretnym sklepie tylko dlatego, że „zbiera punkty”. A przecież punkty same w sobie nie są pieniędzmi. Jeżeli przez nie kupujemy drożej niż gdzie indziej, cała zabawa przestaje mieć sens. Podobnie z kuponami, które wygasają za dwa dni. Kupon ma zachęcać do zakupu, nie urządzać nam harmonogramu życia.
Jest jeszcze jedna rzecz, o której rzadko się mówi. Promocje potrafią męczyć. Te wszystkie komunikaty, migające ceny, aplikacje, kody, punkty, specjalne godziny, oferty dla członków klubu… Człowiek chce kupić masło i czuje się jak uczestnik konkursu z nagrodami. A przecież zakupy powinny być czynnością, nie egzaminem.
Nie oznacza to oczywiście, że trzeba promocje omijać szerokim łukiem. Przeciwnie. Dobrze wykorzystany rabat może naprawdę odciążyć domowy budżet. Szczególnie przy lekach dostępnych bez recepty, środkach czystości, artykułach spożywczych, ubraniach czy większych zakupach planowanych z wyprzedzeniem. Jeśli wiemy, że czegoś będziemy potrzebować, możemy spokojnie poczekać na niższą cenę. Wtedy to my wykorzystujemy promocję, a nie promocja nas.
Warto również pamiętać o tak zwanej cenie jednostkowej i o tym, że nie zawsze najtańszy produkt jest najlepszym wyborem. Tańszy płyn do naczyń może być mniej wydajny. Tańsza kawa może nam zwyczajnie nie smakować. Buty przecenione o połowę nie są okazją, jeśli obcierają pięty po piętnastu minutach spaceru. Cena jest ważna, ale nie jest jedynym kryterium.
No i jeszcze reklamy internetowe. Tutaj trzeba mieć szczególnie mocną głowę. Człowiek obejrzy raz kurtkę, a potem przez tydzień kurtka jedzie za nim po całym internecie. Na stronie z wiadomościami, przy filmie, w poczcie. „Ostatnie sztuki!”. „Cena tylko dziś!”. Czasem naprawdę trudno uwierzyć, jak bardzo sklep troszczy się o nasze szczęście. W takich sytuacjach dobrze zamknąć stronę i wrócić do niej następnego dnia. Jeśli nadal będziemy chcieli kupić – proszę bardzo. Jeśli nie, być może właśnie zaoszczędziliśmy najwięcej.
Podsumowując: warto korzystać z promocji, ale spokojnie. Najpierw potrzeba, później cena, dopiero na końcu rabat. Nie odwrotnie. Dobrze sprawdzać ceny, porównywać, patrzeć na kilogram czy litr, uważać na „darmowe” produkty i nie kupować rzeczy tylko dlatego, że ktoś dużymi czerwonymi literami napisał „OKAZJA”.
Bo prawdziwa okazja jest wtedy, kiedy kupujemy coś potrzebnego za rozsądną cenę. Cała reszta może być tylko ładnie opakowaną pokusą. A z pokusami, jak wiadomo, najlepiej nie walczyć za długo. Czasem wystarczy przejść obok.









